Miłość jest ślepa.

Login:
Hasło:
Zarejestruj się!


7 kwietnia


Przebudzając się obmacałem materac, na którym leżałem. Pod dłonią wyczułem jedwab. Otworzyłem oczy i zobaczyłem nie ten sufit, który widziałem każdego ranka w kamienicy. Uniosłem się lekko i podparty na łokciach, na wpół leżąc rozejrzałem się po pokoju. Na przeciwko mnie była kanapa i dwa fotele, a na nich posadzone trupy z dziurami w ciele. Odwróciłem głowę w prawo. Był tak stolik z ciemnego drewna, na nim Walther P99. Przekręciłem się i usiadłem na prawej części wielkiego łóżka. Pod moimi nogami leżała brunetka z dziurą w klatce piersiowej. Jej włosy przesiąkły krwią, w której zresztą była jej połowa ciała. Od pasa w górę.
Nie czułem wyrzutów sumienia. Czułem tylko smród rozkładających się ciał lecz nie był on uciążliwy, ponieważ całą noc były otwarte drzwi na balkonie.
Zmęczony pomimo wielu godzin snu przetarłem twarz szorstkimi dłońmi i wziąłem do ręki pistolet. Wyjąłem z niego magazynek i sprawdziłem ilość pozostałych naboi, po czym z powrotem umieściłem go w broni i wsadziłem do kieszeni bluzy.
Spojrzałem na obraz przede mną. Przedstawiał chyba scenę z II wojny światowej. Zresztą co mnie to obchodzi.
Wstałem z łóżka i przeszedłem do stołu z kokainą. Usiadłem na kanapie obok Emanuela. Miał głowę odchyloną do tyłu, a ja widziałem dziurę w jego szyi. Jego całe zakrwawione ciało śmierdziało niemiłosiernie. Skrzywiłem się i pochyliłem nad stołem wciągając "trochę" prochów, a te drugie "trochę" zgarnąłem do torebki jako moje trofeum.
Popatrzyłem na wykrzywione twarze braci - Jamesa i Mike'a. Pomyśleć, że całkiem niedawno machałem im w knajpie. Teraz przyglądali mi się swoimi zakrwawionymi oczami. Przełknąłem głośno ślinę i wstałem pospiesznie z kanapy. Ruszyłem w stronę wyjścia i obrałem kierunek powrotny - dom.

- Wróciłem! - krzyknąłem od progu.
Przeszedłem korytarz i skręciłem na prawo do naszego dużego pokoju. Zobaczyłem wszystkich siedzących przy stole. Amy podniosła głowę znad mokrej białej chusteczki. Wszyscy utkwili we mnie wzrok. Pewnie myśleli, że jestem duchem.
- Justin? - spytał George. - Żyjesz?
- Jak widać. - odparłem śmiejąc się.
W tym momencie blondynka poderwała się z krzesła przewracając je do tyłu i rzuciła się na mnie powodując mój upadek, który okazał się dosyć bolesny.
- Zejdź ze mnie spaślaku. - zaśmiałem się ściągając dziewczynę z siebie i siadając na podłodze lecz ona znowu mnie przytuliła. Zaczęła płakać.
Wstałem powoli z ziemi trzymając Amy i odrywając ją od siebie. Wszyscy przywitali mnie mocnym uściskiem i wszyscy (bez wyjątku) uronili łzę. Było to miłe przywitanie dla mordercy.
- Zrobiłeś to? - spytał Simon drżącym głosem.
Pokiwałem twierdząco głową i usiadłem na moim ukochanym materacu uśmiechając się lekko, po czym wyciągnąłem torbę napełnioną kokainą.
- Dla wszystkich starczy. - rzuciłem w ich stronę śmiejąc się niczym człowiek z chorobą psychiczną aż zrobiło mi się słabo. Zawirowało mi w głowie, serce zaczęło przyspieszać, pewnie mocno zbladłem. Położyłem się powoli i zacząłem głośno oddychać. Złapałem się krańców materaca i wydałem z siebie głośny krzyk.
- Dzwoń na pogotowie! - ktoś krzyknął.
Czułem moje napięte mięśnie, brzuch zaczął mnie niemiłosiernie boleć, żyły o mało co się nie rozrywały.
Po chwili słyszałem klaksony, krzyki ludzi, a po chwili sygnał karetki.
- Nie! - krzyknąłem co niestety przychodziło mi z okropną trudnością. Chciałem jeszcze dodać, że nie wyślą mnie do ośrodka ale nie miałem siły. To chyba był mój koniec.

15 kwietnia


Właśnie pakowałem moje bluzki do granatowej torby podróżnej. Na krześle w rogu sali siedziała moja matka z opartymi łokciami o kolana - płakała. Chyba było mi przykro z tego powodu, w końcu była w jakiś sposób ze mną związana i pomimo kłótni ciągle coś nas łączyło - to rodzinna miłość, z której dawno zrezygnowałem.
Złapałem suwak w dwa palce i zasunąłem torbę. Westchnąłem i spuściłem wzrok.
- Mamo... - zacząłem ale po chwili zdałem sobie sprawę, że nie ma potrzeby zaczynać znowu tej samej rozmowy, która prowadzi tylko do próśb o wrócenie do domu.
Postawiłem krok w jej stronę i na chwilę zamarłem wdychając dziwnie ciężko powietrze, które było skutkiem zwykłego stresu. W sumie czego miałbym się bać? Zabiłem w końcu pięć osób jednego dnia.
Szedłem w jej stronę. Kiedy przystanąłem nad nią, wyciągnąłem rękę i położyłem dłoń na jej drżącym ramieniu. Kobieta podniosła głowę i spojrzała mi w oczy. Jej niebieskie tęczówki błyszczące się od litrów łez spowodowały mocne ukłucie w moim sercu. Zacisnąłem mocno wargi i upadłem na kolana zakrywając twarz w dłoniach. Ona nic nie mówiła. Zsunęła się z krzesła i mocno mnie przytuliła. Nie wytrzymałem. Odwzajemniłem jej uścisk tak mocno jak tylko dały radę moje zwiotczałe mięśnie. Z moich oczu zaczęły wypływać małe kropelki. Matka czule głaskała mnie po głowie nucąc cicho jakąś wolną melodię i bujając lekko na boki. Była szczęśliwa.

Wysiadłem z czarnego range rovera mojego ojca i zaciągnąłem się świeżym powietrzem. Stałem przed dużą czarną bramą, która otworzyła się automatycznie. Moim oczom ukazał się kolorowy ogród z przeróżnymi rodzajami kwiatów.
- Witaj w domu. - brunetka, którą była moja mama uścisnęła mnie mocno i wskazała ręką na wejście.
Szedłem powoli czystą kostką, która chyba była zmieniona. Kolor domu wciąż ten sam - ciepła żółć.
Mieszkałem tu prawie całe moje życie ale miałem wrażenie, że to nie mój dom.
Kiedy rodzice otworzyli mi drzwi i wskazali ręką abym wszedł do środka, do mojego nosa dobiegł zapach świeżo robionych tostów. Niepewnym krokiem wkroczyłem do środka.
- Jesteście? - z kuchni dobiegł radosny kobiecy głos.
Zza rogu najpierw wyłoniły się jasne włosy ścięte na krótko, dopiero później cała sylwetka. Pięćdziesięciolatka zamarła przyglądając się mi.
- Oh. - wyrwało jej się z ust, po czym przyłożyła opuszki palców do warg. - Witaj, Justin. - posłała ku mnie przepełniony strachem uśmiech i postawiła krok ku mnie powoli się do mnie zbliżając.
Musiałem poszperać przez sekundę w mojej pamięci i przypomnieć sobie kim jest ta kobieta. Ach, tak! Ciotka Anna. Dwa lata temu była brunetką, dlatego to zamieszanie.
- Zjesz coś? - spytała łapiąc za moje wychudzone ramię i zadrżała lekko.
Na samą myśl o jedzeniu robiło mi się słabo ale skinąłem głową, w końcu co miałem zrobić.
Twarz ciotki rozpromieniała i zaprowadziła mnie do kuchni sadzając na jednym z krzeseł, po czym podsunęła mi talerz z tostami, które były jeszcze gorące.
Wszyscy patrzyli na mnie i z niecierpliwością czekali kiedy to zjem, denerwowało mnie to. Nagle wszystkich uwagę zwróciło małe tupanie dziecięcych stóp.
- Mamo, to dla Ciebie! - krzyknęła dziewczynka podając kobiecie kartkę z rysunkiem, po czym spojrzała na mnie i schowała się za jej nogami.
- Dziękuję skarbie. - brunetka zaśmiała się i przykucnęła aby ucałować czoło dziecka. - To jest Justin, twój brat. - po chwili wskazała na mnie, siedzącego w pół odwróconego i przyglądającemu się jasnowłosej dziesięciolatce.
Zamiast przywitać się ze mną, uciekła do salonu.
Rodzice popatrzyli na mnie przepraszającym wzrokiem.
- Nie mam ochoty na jedzenie, sorry. - rzuciłem i wstałem z krzesła przechodząc do schodów prowadzących na górę.
Wiedziałem gdzie jest mój pokój, przynajmniej tak mi się wydawało.
Nacisnąłem na złotą klamkę i pchnąłem jasne drzwi. Wszedłem do pomieszczenia i rozejrzałem się uważnie się przyglądając. Pokój mimo wszystko był utrzymywany w porządku, ładnie w nim pachniało i wszystkie rzeczy były w swoim pierwotnym miejscu.
Podszedłem do okna i dotknąłem pomarańczowej, jedwabnej zasłony. Na oliwkowych ścianach wisiały plakaty jednostek specjalnych takich jak Marines czy Seals, w rogu pokoju atrapa karabinku Beryl. Całe zainteresowanie militarią przejąłem od ojca, który pracował w Marines. Aktualnie jest na emeryturze. Przez jego ciągłe wyjazdy i nieobecności straciłem z nim jakikolwiek kontakt, dlatego między innymi zacząłem ćpać.
Rozejrzałem się jeszcze po moim pokoju, który nie posiadał ładnych połączeń barw. Oliwkowy, pomarańczowy i niebieski kiepsko ze sobą grały ale podobało mi się tutaj. Było tu z pewnością czyściej i ładniej pachniało niż w kamienicy ale trudno było mi się przyzwyczaić do normalności.
Nagle zachciało mi się ćpać. Wiedziałem, że mój organizm przeszedł już zbyt dużo i każdy zastrzyk mógłby powodować śmierć ale głód przewyższał wszystko.
Przeszedłem do łazienki i przesunąłem srebrną zasuwkę zamykając się przed osobami z zewnątrz.
Zacząłem poszukiwania. Cicho i zwinnie przeszukałem półki mając nadzieję, że znajdę jakieś prochy kiedy natknąłem się na pastylki nasenne. Nie zastanawiając się odkręciłem białe wieczko pomarańczowego plastikowego pojemnika i wysypałem sobie kilka na rękę, po czym naraz łyknąłem. Wiedziałem, że nie będą w stanie mi do końca pomóc ale zawsze to coś.
- Justin! - z dołu usłyszałem głos mojej matki. - Zejdź tu na chwilę! - zawołała.
Szybkim ruchem zakręciłem wieczko i odstawiłem na poprzednie miejsce zamykając za sobą szafkę.
Wyszedłem z łazienki jak gdyby nigdy nic.
Schodząc po schodach widziałem strach wymalowany na oczach ojca, matki i ciotki.
- Siadaj. - zachęciła brunetka wskazując ręką na fotel obity beżową skórą.
Posłusznie wykonałem jej polecenie.
Reszta przysiadła na kanapie.
Rodzicielka spojrzała na mnie i powiedziała szybko:
- Od jutra zaczynasz naukę w swoim starym liceum. - wciągnęła głęboki wdech.
Uniosłem wysoko brwi nie dowierzając. Ja? Stary ćpun, który zamiast mózgu ma heroinę?
Zaśmiałem się pod nosem kiwając przecząco głową.
- Naprawdę uważasz, że to dobry pomysł? - dobry humor wciąż mnie nie opuszczał.
- Zaczynasz od jutra. - powtórzył ojciec wstając z kanapy. - I bez dyskusji. - podniósł wskazujący palec w geście pogrożenia i odszedł beznamiętnie.



~ PRZECZYTAŁEŚ? ZOSTAW SWOJĄ OPINIĘ! ~


Znowu miałam długą przerwę, ech ;c
Wybaczcie, miałam małe problemy z ocenami i musiałam się za nie wziąć. Na szczęście wszystko jest już w porządku więc znów mogę pisać.
Może rozdział nie jest taki jakbyście chcieli ale szykuję dla Was trochę więcej akcji.
Na pewno rozkwitnie miłość ale wszyscy wpadną w poważne tarapaty.
Czekajcie na kolejne rozdziały.
Całuję mocno,
morfine.
Tagi: drugs
15.06.2014 o godz. 18:03
TRZY DNI PÓŹNIEJ


6 marzec


Dzisiejszego wieczoru nie współpracowałem z ekipą w terenie. Wolałem zostać w domu, przy okazji pomagałem Amy w porządkach, z nudów. Do tego w gazetach widniało coraz więcej artykułów na temat kradzionych torebek i portfeli, nie chciałem być złapany, a do tego sprawa z Emanuelem...
- Zbierz te okruszki ze stołu. - powiedziała Amy krzątając się przy zlewie.
Nie zareagowałem. Zamyślony powoli zamiatałem kasztanową podłogę myśląc ciągle o Emanuelu, długu i naszej śmierci kiedy nie spłacimy wszystkiego.
- Justin! - krzyknęła rzucając we mnie wilgotną ścierką. - Czy ty mnie w ogóle słyszysz?
- Jasne. - odpowiedziałem prędko po czym szybciej zacząłem zamiatać podłogę.
Blondynka zakryła twarz dłonią i oparła się o blat.
- Okruszki ze stołu. - powtórzyła z lekkim śmiechem w głosie.

MIESIĄC PÓŹNIEJ


6 kwietnia




Wszyscy wiedzieli o Emanuelu, nawet Amy. Każdy był przestraszony, ponieważ dzisiaj był ostatni dzień spłaty. Nie mogłem wybaczyć Geroge'owi, że wpakował nas w to wszystko i dobrze, że on przeżywał to najbardziej.
Brunet nie mógł usiedzieć na miejscu, ciągle się kręcił i co chwilę chowając twarz w dłoniach nie potrafił nam spojrzeć w oczy. Teraz jego życie mnie nie obchodziło, zależało mi na innych i musiałem coś z tym zrobić.
Momentalnie wstałem od stołu i szybkim krokiem ruszyłem do pokoju George'a i Patricii. Słyszałem jak ktoś za mną idzie.
Otworzyłem białe drzwi, które zaskrzypiały w zardzewiałych zawiasach. Rozejrzałem się po cuchnącym pomieszczeniu aż moim oczom rzuciło się duże łóżko przykryte niechlujnie brudną pościelą na zgrzybiałym materacu. Podszedłem, przyklękałem i podniosłem prześcieradło zaglądając pod posłanie naszej narkomańskiej pary. Było tam cholernie dużo kurzu, niektóre tworzyły już duże kulki. Nawet dało się zauważyć pająka, który przemknął na drugą stronę chowając się za jedną kupą kurzu.
Mi od razu rzuciło się w oczy pudełko, wiedziałem co tam jest. Sięgnąłem po nie i wyciągnąłem spod łóżka.
- Justin. Nie użyjesz tego. - szepnął George za mną.
Odwróciłem głowę i popatrzyłem na niego wzrokiem "to nasza ostatnia szansa". Nic nie powiedział.
Mój wzrok znowu utkwił w pudełku. Dmuchnąłem tak mocno aby kurz zniknął z jego drewnianej powierzchni, po czym podniosłem wieko. Moim oczom ukazał się jeszcze lśniący Walther P99 kalibru 9x19 leżący na paru snopkach słomy. Wyciągnąłem broń i włożyłem do kieszeni, po czym wybrałem kilka naboi i napakowałem nimi drugą kieszeń kiedy pokój wypełniał się zaciekawionymi mieszkańcami.
Pudło wsunąłem z powrotem pod łóżko i wymijając ludzi przeszedłem do głównego pokoju.
- Co chcesz zrobić? - zapytał Simon przerywając ciszę kiedy ładowałem magazynek.
Nie odpowiedziałem. Wiedziałem, że przerażenie na ich twarzach coraz bardziej staje się widoczne, po czym usłyszałem dziewczynę wybiegającą z płaczem z kamienicy. Była to Andrea. Simon wołając ją pobiegł za nią. Patricia też nie dała rady i uciekła do swojego pokoju, George za nią ciągle starając się ją pocieszyć. Zostałem ja i Amy. Jasnowłosa wpatrywała się w to co robię, po czym usiadła na krześle na przeciwko mnie.
- Po co ci to? - zapytała. - Chyba nie chcesz tak rozwiązywać problemów.
- Nie chcę. - odparłem. - Ale muszę. - wcisnąłem załadowany magazynek do środka uchwytu pistoletowego i chwyciłem mocno za szkielet pistoletu.
- Czekaj. - Amy wstała z krzesła wyciągając rękę ku mnie. - Zastanów się nad tym. - w tym momencie jej głos lekko się załamał.
- Muszę ich jakoś uratować. - odszedłem od stołu kierując się w stronę wyjścia kiedy Amy mi przeszkodziła.
- Chcesz zabić Emanulea? Myślisz, że to pomoże? Narobisz sobie problemów.
- Puść mnie.
- Jak mogę cię przekonać? - spytała patrząc się w moje oczy.
Spuściłem głowę. Nie miała tym razem żadnych mocy, które by mogły mnie powstrzymać przed zbrodnią.
Wtedy blondynka chwyciła mój podbródek, uniosła go lekko i przyłożyła swoje usta do moich. Wtedy zaczęła je powoli rozszerzać pogłębiając pocałunek. O dziwo nie protestowałem. Wolną ręką objąłem ją czując jak dziewczyna delikatnie wysuwa język i dotyka mojej dolnej wargi. Jej usta były takie słodkie i delikatne, jej ciepłe ręce z idealnie gładką skórą oplatały się wokół mojej szyi, a ja pierwszy raz czułem się tak jak teraz.
W końcu dziewczyna oderwała się ode mnie. Patrzyliśmy sobie w oczy przez jakieś piętnaście sekund, po czym blondynka oblizała usta i dotknęła opuszkami palców dolnej wargi.
- Muszę to zrobić. - szepnąłem, po czym złapałem delikatnie za tył jej głowy, przyciągnąłem do siebie i złożyłem pocałunek na jej czole. Kiedy spojrzałem na nią miała zamknięte oczy, a spod jej powiek wyleciały łzy. Wytarłem je kciukami i wyminąłem blondynkę kierując się ku wyjściu przy okazji odwracając się. Dziewczyna stała na środku pokoju, ręce i głowę miała bezradnie opuszczoną i chyba zaczęła płakać co stwierdziłem po jej barkach, które zaczęły drgać w górę i w dół.

Kiedy wyszedłem z kamienicy schowałem Walthera P99 kalibru 9x19 do kieszeni bluzy ciągle trzymając za uchwyt pistoletowy. Na głowę zarzuciłem kaptur i idąc wpatrzony w chodnik kierowałem się do domu brazylijczyka. Im bliżej byłem tym mój strach stawał się coraz większy lecz od tego zależało życie nie tylko moich najbliższych znajomych ale też Amy.
Po drodze wsiadłem do autobusu, który akurat kierował się w moim kierunku. Usiadłem na ostatnim miejscu ciągle mając na głowie kaptur, a w dłoni mocno zaciśniętą broń. W głowie miałem moją poprzednią wizytę u tego obleśnego narkomana:
- Z racji tego, że mamy ze sobą dobre kontakty, zawsze byliście dobrymi klientami i spłacaliście wszystko co do centa to dam wam miesiąc na spłatę, pasuje? - uśmiechnął się lekko unosząc swoje krzaczaste brwi.
Natychmiast wyszczerzyłem zęby kiwając głową, po czym wstałem z mojego miejsca.
- Dziękuję. Wszyscy są wdzięczni. - wyciągnąłem ku niemu rękę.
Emanuel popatrzył się na mnie i uścisnął mocno moją dłoń.
- Mam nadzieję, że spłacicie wszystko bo inaczej przywitacie się z moimi przyjaciółmi. - kiwnął głową za siebie gdzie stała półka z bronią.
Przełknąłem ślinę i ponownie się uśmiechnąłem.

Kiedy autobus podjechał na jeden z przystanków poderwałem się z miejsca i wyszedłem ze śmierdzącego środka transportu na ulicę. Wziąłem głęboki wdech świeżego powietrza ze spalinami i w duchu byłem komuś wdzięczny, że nie natknąłem się na kontrolerów.
Jego zasrana rezydencja była coraz bliżej, widziałam już ją na horyzoncie. W myślach krążąca myśl "Albo teraz, albo nigdy. Albo on, albo ja.", adrenalina skacząca w żyłach, pulsujące skronie. Musiałem zaćpać. Zszedłem z mojej trasy i schowałem się w pobliskich krzakach. Wyciągnąłem morfinę, która była już w stanie ciekłym, napełniłem strzykawkę i wcisnąłem sobie do żył posykując. Dziwnie mnie to teraz zabolało. Zagryzłem dolną wargę wyciągając powoli igłę i wsadziłem ją z powrotem do kieszeni bluzy, a butelkę po narkotyku rzuciłem na ziemię. Oparłem się o cienki pień krzaka i odchyliłem głowę do tyłu dając morfinie mną ogarnąć. Po około trzech minutach wyciągnąłem pistolet i pociągnąłem za pokrywę komory zamkowej załadowując nabój. Palec wskazujący trzymałem z daleka od spustu żebym przypadkiem nie został postrzelony w udo. Schowałem moją, tak, teraz moją broń do kieszeni bluzy i wyszedłem z krzaków. Stanąłem pośrodku uliczki i wziąłem głęboki wdech. Ruszyłem.

Zamknąłem oczy przed wejściem biorąc dwa spokojne wdechy. Ramiona zaczęły się trząść ale w końcu zapukałem. Po minucie otworzył mi zasrany Mike, z zasranym skrętem, w którym był zasrany hasz.
- Spodziewałem się ciebie. - odparł chrapliwym głosem, który zmienił mu się od ostatniej wizyty. - Emanuel nie mógł się doczekać. - zaśmiał się, a potem zakasłał kaszlem palacza dusząc się i wydając z siebie ciche świsty.
Niedługo zdechnie - pomyślałem uśmiechając się na samą wieść o tym, na sam widok tego badziewnego ćpuna, który doprowadzał mnie do granic wytrzymałości. Patrzenie na jego wrak ciała kiedy zgarbiony powoli zaciągał się dymem, kiedy jego kości policzkowe, doły pod oczami, obojczyki i żebra wystające spod rozciągniętej białej bokserki tak bardzo były widocznie, że dla wszystkich było jasne, że niedługo kopnie w kalendarz.
- Wejdź, proszę. - otworzył szerzej drzwi i sunąc brudnymi i gołymi stopami po podłodze prowadził mnie w głąb domu.
Zatrzymaliśmy się przy dużych drewnianych drzwiach i Mike zapukał.
- Wejść! - ze środka doszedł nas stłumiony krzyk.
Zasraniec otworzył mi drzwi, podziękowałem mu kiwnięciem głowy - z grzeczności.
- Witaj Justin. - zaśmiał się Emanuel wycierając nos z kokainy, którą miał rozsypaną na szklanym stole. - Przyszedłeś mi coś dać? - uniósł brwi szczerząc zęby i wstając z kanapy przeszedł stolik stając cztery metry przede mną.
Rozejrzałem się po pokoju ciągle trzymając ręce w kieszeniach. Na jego łóżku siedziały dwie prostytutki popalając hasz, nie przejmowały się tą sytuacją. Widocznie to dla nich nie nowość. Drzwi od balkonu były uchylone, a firanka powiewała na lekkim wietrze. Suchy liść ze zwiędłego kwiatu w kącie zerwał się i spadł na ziemię. Nigdzie nie było nic podejrzanego.
- Przyszedłeś mi coś dać? - mężczyzna powtórzył pytanie przybierając groźniejszy ton głosu i przybliżając się do mnie powoli.
W jego rękach nie widziałem żadnych niebezpiecznych narzędzi oprócz scyzoryku przy pasku.
Wyciągnąłem rękę z kieszeni, w której miałem strzykawkę i ściągnąłem kaptur. Patrzyłem mu się prosto w oczy. Brunet widocznie zaczął się minimalnie niepokoić.
- Tak. - odparłem z przebiegłym uśmieszkiem na twarzy.
Strach ze mnie w tej chwili kompletnie spłynął. "Albo teraz, albo nigdy. Albo on, albo ja." - Mam dla ciebie prezent, spłatę wszystkich długów. - w tym momencie wyciągnąłem broń z kieszeni. - Twoich długów. - dodałem.
Ciemne oczy Emanuela powędrowały na broń, a jego ręka na scyzoryk.
Moja natomiast uniosła się ku górze. Położyłem palec na języku spustowym.
- Pożałujesz tego. - warknął wyciągając strasznie szybkim ruchem scyzoryk i schylając się naparł na mnie lecz ja zdążyłem oddać dwa strzały kiedy już był przy moich nogach.
Dziwki pisnęły głośno i uciekły z łóżka próbując się za nie schować. Mężczyzna leżał pod moimi stopami z dziurą wylotową w głowie, z której wylatywała krew i kulą w szyi.
- Emanuel, czy wszystko w porząd... - nie dokończył Mike stając w drzwiach.
Odwróciłem się szybko, zbadałem jego ręce wzrokiem i uśmiechnąłem się kierując ku niemu pistolet.
- Nigdy ciebie nie lubiłem. - zaśmiałem się i pociągnąłem za spust. Jego ciemna krew chlapnęła na drzwi, a jego ciało padło na jasną podłogę. Brata Mike'a - Jamesa bez problemu udało mi się zneutralizować, który zaraz po nim wparował do pokoju. Jego ciało leżało na ciele zasranego palacza.
Spojrzałem na dwie dziewczyny chowające się za łóżkiem. Wykierowałem ku nim broń, nie chciałem świadków. Obie zadrżały.
- Nie zabijaj nas. - pisnęła blondynka, która skulona zakrywała się chudymi rękoma.
- Możemy ci to jakoś wynagrodzić. - zaproponowała jedna bacznie mi się przyglądając.
O jakie wynagrodzenie mogło chodzić dwóm takim dziewczynom? Każdy dobrze wie. Skorzystałem z propozycji. Pieprzyliśmy się na łóżku Emanuela, one robiły wszystko to co chciałem i były w tym świetne.
Po skończonym seksie obie ułożyły się na mojej klatce piersiowej głaszcząc mnie od brzucha do krocza lecz ja nadal nie chciałem mieć świadków i po krótkim czasie obie zabiłem.
Zachowywałem się jak psychopata. Byłem chyba najgorszym grzesznikiem na świecie, a grzech mi się podobał. Na dodatek wciągnąłem trochę kokainy Emanuela i jeszcze bardziej spodobało mi się to co robię. Czy narkotyki aż tak mogą zniszczyć życie?

~ PRZECZYTAŁEŚ? ZOSTAW SWOJĄ OPINIĘ! ~


Miałam inaczej poprowadzić to opowiadanie ale zmieniłam zdanie dodając tu więcej akcji. Teraz ma to trochę więcej wulgaryzmu ale może aktualnie to zaakceptujecie.
I na koniec dodam, że powróciłam! Znowu pozyskałam inspirację i będę dla Was pisać.
Dobrego, słonecznego i spokojnego weekendu majowego, a sobie życzę żebym dobrze wypadła 3 maja podczas mojego przyrzeczenia, trzymajcie kciuki! <3

Tagi: drugs
01.05.2014 o godz. 17:52
Jeśli ktoś jest ciekawy co się dzieje z blogiem: KLIK

Tagi: drugs
02.04.2014 o godz. 19:22
Drodzy użytkownicy i Ci, którzy nie posiadają tutaj konta,

chciałabym Wam życzyć szczęśliwego nowego roku, dużo miłości, zdrowia, abyście spotykali samych dobrych ludzi na swojej drodze, żeby ten rok okazał się dla Was jak najlepszy. Oczywiście przede wszystkim szampańskiej nocy Sylwestrowej, spełnienia marzeń i czego sobie zapragniecie.
Wszystkiego co najlepsze życzy,
morfine

Tagi: drugs
31.12.2013 o godz. 15:00
2 DNI PÓŹNIEJ

3 marca


- Nie dam rady. - wykrztusiłem wydając z siebie kolejne głośne syknięcie z bólu.
Na twarzy blondynki od wczoraj nie widziałem uśmiechu. Cierpiała razem ze mną.
- Dasz. - szepnęła kolejny raz mocząc chustkę w misce z wodą, po czym wycisnęła ją i otarła czule pot w mojej twarzy.
Przypatrywałem się jej co chwila wykręcając się z bólu i ciągle nie mogłem odpowiedzieć sobie na pytanie co ona wyprawia?
Kiedy skończyła moją pielęgnację powoli wstała i wyprostowała plecy odchylając się nieco do tyłu.
- Nie musisz tego robić. - szepnąłem z nadzieją, że tego nie usłyszy.
Blondynka natomiast skierowała na mnie swój wzrok. Zacisnęła lekko usta, po czym je oblizała i wydała z siebie ciche westchnienie.
- Już wspominałam. - powiedziała zmęczonym głosem. - Nie zrozumiesz tego. - dziewczyna podniosła z podłogi miskę i postawiła ją na kasztanowym stole.
Nie mogłem przestać się jej przypatrywać. Była w pewnym sensie idealna, jak anioł. Jednak z drugiej strony coś mi mówiło, że nie jest tą osobą za którą się podaje. Tyle pytań, które obarczały moją obolałą głowę powodowało, że ból był coraz bardziej nieznośny.
- Justin! - do pokoju nagle wpadł George ze strzykawką w ręku i podszedł do mnie.
Moje oczy zrobiły się jak pięciozłotówki.
- George! - wrzasnęła blondynka stając pomiędzy mną a moim kumplem. - Co to jest? - spytała wskazując na mały przedmiot z igłą.
Mężczyzna spojrzał się na nią jak na głupią, po czym wziął głęboki wdech i przemówił:
- Muszę to zrobić, przepraszam. - odepchnął Amy na bok i uklęknął przy mnie. - Musisz mi pomóc. - szepnął i wcisnął w moją rękę igłę powoli wpuszczając w moje żyły moją ukochaną heroinę.
Narkotyk zadziałał na mnie jak lek przeciwbólowy. Po kilku minutach wziąłem drugą dawkę i od razu czułem się lepiej. Mogłem już swobodnie usiąść i zapalić papierosa aż w końcu zostałem sam w pokoju z brunetem, który usiadł obok mnie. Nie czułem się komfortowo, ponieważ nienawidzę gdy ktoś siada na moim materacu ale nie chciałem już nic mówić tylko powoli dopalałem swojego papierosa.
- Mamy problem. - zaczął powoli biorąc głęboki wdech, po czym złożył ręce jak do modlitwy i przyłożył je do czoła. - Mam konflikt z naszymi dilerami. - powiedział przejeżdżając rękoma po twarzy, po czym opuścił je i przybrał taką pozycję jakby miał zaraz umrzeć, był bezradny.
- Dlaczego? - spytałem niezbyt przejmując się zaszłą sytuacją, w końcu to nie był pierwszy raz.
- Nie zapłaciłem za ostatnie prochy i ukradłem im towar. - odpowiedział podkulając nogi pod siebie.
Odwróciłem wzrok na niego, nie mogłem uwierzyć w to co zrobił. W duchu modliłem się tylko żeby to nie były narkotyki Emanuela, brazylijskiego dostawcy, który jest naprawdę niebezpieczny.
- Komu ukradłeś? - spytałem znów niby obojętnie, chociaż tak naprawdę zaczynałem się powoli martwić.
W tym momencie jego wzrok przeniósł się na mnie, jego tak zwane "jabłko Adama" powędrowało w górę, potem w dół i zadrżało lekko.
Spuściłem wzrok i zaciągnąłem się ostatni raz dymem tytoniowym, po czym żarzącą część przycisnąłem do drewnianej podłogi lekko przykręcając aby papieros mógł dokładnie zgasnąć.
- Emanuelowi. - powiedział drżącym głosem.
W tej właśnie chwili mężczyzna przerodził się w małego, przerażonego chłopca.
- Czy ty jesteś normalny? - zaśmiałem się sam powoli czując przypływ strachu, który narkomanowi nie powinien towarzyszyć.
- Pomóż mi, nie chcę narażać naszych ludzi. I dlatego też im tego nie mów. - szepnął. - Obiecaj. - dodał cicho po czym zacisnął usta przyglądając mi się i czekając na odpowiedź.
- Okej. - powiedziałem bez namysłu. - Trzeba coś wykombinować.
- Tylko co? - George bezradnie rozłożył ręce.
- Pójdę do niego, wszystko wyjaśnię. Na pewno da się to spokojnie wytłumaczyć. - podparłem się ręką i wstałem z materaca. - Ty zostań, nie chcę nieprzyjemnych sytuacji.
- Nie mów mu nic o kradzieży. - mężczyzna wstał ze mną i złapał mnie za ramię.
- To on nie wie? - uniosłem brwi nie wiedząc co dalej powiedzieć, to wszystko mnie już przerastało.
- Wspominał, że czegoś mu brakuje, że ktoś mu ukradł. Ale jeśli się dowie kto, to tego kogoś zabije, rozumiesz?
Rozumiałem wszystko bardzo dobrze. Idiota mógł się zastanowić co robić.
Nic nie mówiąc odwróciłem się od niego i skierowałem się w stronę drzwi. Złapałem za kurtkę, która wisiała na wieszaku i spojrzałem na Amy, która stała za mną. Jej splątane ręce były opuszczone i patrzyła się na mnie zmartwionym wzrokiem. Ja tylko odwróciłem się i wyszedłem z domu.
Od razu chłodny, lecz wiosenny wiatr uderzył w moją twarz, czułem się taki orzeźwiony chociaż śmierdziało ode mnie potem narkotykowym.
Wyciągnąłem z paczki przedostatniego ruskiego papierosa i zapaliłem go. Byłem trochę przestraszony spotkaniem z dawno nie widzianym Emanuelem. Wiedziałem, że ostatnią rzeczą, którą będę mógł dzisiaj zobaczyć to lufa broni wykierowanej w moją stronę i jego wytatuowaną mordę z blizną pod okiem. Przygotowywałem się na to powtarzając, że i tak długo nie pożyję skoro mam takie szczęście do narkotyków, a przy okazji może mógłbym uratować czwórkę moich najbliższych znajomych.
Kiedy już skończyłem myśleć o mojej śmierci stanąłem przy uliczce, która kierowała do jego tajnej kryjówki, o której tylko nieliczni mogli wiedzieć. Ja niestety byłem tym szczęściarzem. Biorąc głęboki wdech, włożyłem ręce do kieszeni i kierowałem się nią do innej uliczki, która prowadziła do małego budynku wyglądającego jak opuszczony dom.
Kiedy stanąłem przed drzwiami zdjąłem kaptur, uniosłem rękę i przyłożyłem do drzwi. Zaraz potem wziąłem głęboki oddech i zapukałem kilkakrotnie. W tym momencie już nie było odwrotu. Zaraz potem drzwi się uchyliły i ujrzałem zjarany pysk Mike'a.
- Justin! - odezwał się entuzjastycznie, po czym otworzył mi szerzej drzwi, lecz nie wpuścił do środka. - Czego chcesz? - zapytał dalej paląc swój haszysz.
- Przyszedłem do Emanuela. - powiedziałem wkładając ręce do kieszeni spodni i uśmiechnąłem się lekko myśląc, że to go zachęci.
Ciemny blondyn usunął mi się z miejsca i zaprosił do środka wskazując ręką, w której trzymał spalający się hasz.
- Po co ci on? - zapytał prowadząc na piętro.
- Muszę coś z nim wyjaśnić. - odpowiedziałem grzecznie.
Chłopak mruknął porozumiewawczo głową. Chyba wiedział o co chodzi, po czym zapukał w jedne drewniane drzwi i nacisnął na klamkę a naszym oczom ukazał się ten stary kapeć z kobietą na kolanach, którą nachalnie całował.
Pod wpływem skrzypiących drzwi, farbowana blondynka zeskoczyła przestraszona z jego kolan i wytarła sobie usta ze śliny tego przebrzydłego, starego narkomana co przyprawiło mnie o mdłości i myślałem, że zaraz puszczę pawia na sam środek pokoju.
- Mike! - warknął czarnowłosy mężczyzna wstając z krzesła, po czym poprawił swoją białą bokserkę i długie włosy, które miał spięte gumką.
- Gościa przyprowadziłem. - odpowiedział beznamiętnie, po czym wycofał się dalej paląc ten badziew.
Nieśmiało wszedłem do pokoju i rzuciłem głupie zdanie nad którym nawet się nie zastanowiłem:
- Cześć, nie przeszkadzam? - mój wzrok natychmiast przeniósł się na chudą blondynkę, która właśnie okrywała się bluzą. Przecież to logiczne, że mu przeszkadzałem.
- Justin, bracie mój. - zaśmiał się podchodząc do mnie z wyciągniętymi rękami, które były całe w ranach od kłucia igłą, aż w końcu kiedy przy mnie stanął złapał mnie za ramiona i poklepał po nich. - Cieszę się, że jesteś. - uśmiechnął się, po czym odwrócił wzrok na jego blondynkę, warknął coś po hiszpańsku, a ta szybko opuściła pomieszczenie. - Rozgość się. - wskazał ręką na dosyć drogą kanapę, która była pokryta czarną skórą.
Posłusznie usiadłem tam, gdzie mi kazał i opierając łokcie na kolanach patrzyłem na niego jak podchodzi do barku.
- Co cię sprowadza w moje skromne progi? - roześmiał się rozkładając ręce, w których trzymał alkohol.
Kiedy już otworzyłem usta żeby przemówić on mi przerwał.
- George, zgadza się? - zerknął na mnie kontem oka, po czym rzucił na stolik przede mną papierosy i postawił dwie szklanki.
- Nawet nie próbował mnie namawiać. - odpowiedziałem pewnie.
- Więc przyszedłeś mi oddać pieniądze? - spytał nalewając whiskey.
Zacisnąłem usta ciężko wzdychając.
- Nie. Przyszedłem wyjaśnić z tobą te złe zajście. - odpowiedziałem.
Czarnowłosy mężczyzna roześmiał się głośno aż w końcu spojrzał na mnie morderczym wzrokiem.
- Skoro nie masz dla mnie forsy to nie mamy o czym rozmawiać. - powiedział tym swoim hiszpańskim akcentem i zakręcił butelkę. - Ostatnio zniknęło mi dużo prochów, nie mam czym handlować. - wziął do ręki szklankę i przystawił ją sobie do ust. - Myślę, że to George. - w tym momencie przechylił przedmiot, a alkohol momentalnie znalazł się w jego jamie ustnej. - Szanuję cię, Justin. Jesteś twardym lecz uczciwym narkomanem, więc powiedz mi, czy to on ukradł moje prochy?
- Nic mi nie wiadomo. - odparłem czując jak moje serce zaczyna przyspieszać. - Jestem pewien, że George nigdy by tego nie zrobił. Jest równie uczciwy i to, że ma u ciebie dług nie oznacza, że ma zaraz kraść. Mamy teraz trudne chwile, to prawda, ale nie sądzę żeby mój współlokator mógł stąd coś wynieść bez twojej wiedzy. Sam przecież znasz go długo, nie powinieneś go podejrzewać.
Brazylijczyk podrapał się po brodzie unosząc brwi.
- Zostaje mi tylko wierzyć tobie na słowo. - wzruszył ramionami, po czym wskazał ręką na mój drink.
Szybko go wypiłem i zacząłem mówić dalej:
- Daj nam czas. Wszystko spłacimy, obiecuję.
Mężczyzna spojrzał na mnie, po czym odwrócił wzrok i złapał za paczkę fajek, z której wyciągnął jednego papierosa i włożył go sobie do ust, po czym podpalił go zapalniczką. Chwilę siedział cicho, aż w końcu wyjął szluga z ust, trzymając go w dwóch palcach i powiedział:
- Z racji tego, że mamy ze sobą dobre kontakty, zawsze byliście dobrymi klientami i spłacaliście wszystko co do centa to dam wam miesiąc na spłatę, pasuje? - uśmiechnął się lekko unosząc swoje krzaczaste brwi.
Natychmiast wyszczerzyłem zęby kiwając głową, po czym wstałem z mojego miejsca.
- Dziękuję. Wszyscy są wdzięczni. - wyciągnąłem ku niemu rękę.
Emanuel popatrzył się na mnie i uścisnął mocno moją dłoń.
- Mam nadzieję, że spłacicie wszystko bo inaczej przywitacie się z moimi przyjaciółmi. - kiwnął głową za siebie gdzie stała półka z bronią.
Przełknąłem ślinę i ponownie się uśmiechnąłem.
- Nie będzie potrzeby. - odpowiedziałem. - Dziękuję za gościnę, do zobaczenia. - uniosłem rękę w celu pożegnania i wyszedłem z pomieszczenia.
Byłem zadowolony, że jeszcze żyję ale bałem się, że nie spłacimy tego długu. Muszę poważnie porozmawiać z George'em, koniecznie.

~ PRZECZYTAŁEŚ? ZOSTAW SWOJĄ OPINIĘ! ~




Udało mi się napisać w końcu!
Mam nadzieję, że rozdział wzbudził w Was trochę emocji bo chciałabym Was przygotować do rozdziału 16, w którym nie będzie za wesoło.
Mam nadzieję, że ze mną zostaniecie C:
Pozdrawiam cieplutko i życzę szczęśliwego nowego roku kluseczki,
morfine <3
Tagi: drugs
31.12.2013 o godz. 14:35
MIESIĄC PÓŹNIEJ


1 marca


Nikt mnie nie szukał od kiedy uciekłem z ośrodka. Byłem z tego zadowolony.
Od czasu powrotu tutaj zacząłem więcej ćpać. Moja nienawiść do współlokatorów powróciła, i mój stan zdrowia znacznie się pogarszał. Przestawałem jeść i rozmawiać. Żyłem w zgodzie tylko z heroiną i czasami zapraszałem do siebie morfinę, co zdarzało się rzadko. Tym razem bardziej uważałem, jednak ciągle dziwił mnie fakt, że mam jeszcze okazję tutaj żyć. Czyżby Bóg co chwilę dawał szansę takiemu człowiekowi jak ja? Czym na to zasłużyłem?
Właśnie wracałem z mojego baru. W powietrzu unosił się zapach zbliżającej wiosny, między palcami ruski papieros, mierzwiący włosy zimny powiew wiatru i klaksony samochodów, na które bezustannie naciskali pospieszni kierowcy.
Miałem wrażenie, że dzisiaj wypada jakaś szczególna data. Lecz nie mogłem wpaść co to takiego jest. Być może jakaś zwykła błahostka, albo efekt uboczny narkotyków. Tak czy siak postanowiłem więcej nie zaprzątać sobie tym głowy.
Wszedłem po kilku schodkach prowadzących do drzwi. Kiedy już się tam znalazłem, nacisnąłem klamkę i pchnąłem drzwi. W środku było tak jakoś dziwnie cicho. Mimo to wąskim przedsionkiem skierowałem się do pokoju, kiedy do moich uszu dobiegł głośny okrzyk "NIESPODZIANKA!!!".
Po pomieszczeniu były porozwieszane balony, na suficie zawieszony duży napis z treścią "Wszystkiego Najlepszego".
Nie wiedziałem co powiedzieć. Wszyscy wiedzieli, że nienawidzę niespodzianek. Jakby zrobili mi to na złość.
Kiedy nie zauważyli u mnie żadnego podekscytowania ich miny pobladły. Ręce, w których trzymali kolorowe balony, trąbki i innego rodzaju przedmioty służące do takich doświadczeń po prostu opadły.
- Wow. - wydusiłem zaciągając się porządnie powietrzem. - Nie spodziewałem się. - dodałem nonszalancko i powoli zdając sobie sprawę z tego, że to nieznane mi święto to moje urodziny. Gdybym mógł to właśnie teraz palnąłbym się w czoło. Co te narkotyki ze mną robią?
- Chcieliśmy ci zrobić przyjemność. - oznajmiła Amy przewracając w rękach kolorową trąbkę.
- To miłe z waszej strony, serio. - powiedziałem wymuszając mały uśmiech.
Oczy moich znajomych rozbłysły jakby jeszcze czekali na jedno słowo zwane potocznie "magicznym".
- Dziękuję. - dodałem po chwili, po czym wkroczyłem do środka pokoju.
- Przygotowaliśmy ci tort. - zza pleców lokatorów Patricia wyciągnęła dosyć duże ciasto.
Spojrzałem na słodycz i mimowolnie zebrało mi się na wymioty. Nie miałem zamiaru tego jeść, nawet się do tego dotknąć.
- Podzielcie się między sobą, ja nie mam na to ochoty. - wzdrygnąłem się na samą myśl o cieście i odwróciłem się siadając na materacu.
Widziałem na ich twarzach zawiedzenie. To uczucie dawało mi wspomnienia z czasów przed wigilijnych. Jednak czułem się lepiej kiedy czułem do wszystkich żywą nienawiść.
- Co znowu się z Tobą dzieje? - spytała Amy rozkładając zrezygnowanie ręce, po czym je opuściła i westchnęła ciężko. Chyba już nie miała na mnie siły.
Oparta rękoma o oparcie starego krzesła wydawała się być tak zmęczona jakby przed chwilą skończyła wykańczające prace domowe.
- Nie starajcie się mnie uszczęśliwić na siłę. - w końcu zabrałem głos, co zwróciło uwagę wszystkich przebywających w tym pokoju osób. - Skoro uważacie, że za wami nie przepadam to nie płaszczcie się przede mną żebym ponownie żywił do was jakiekolwiek uczucie.
- To wszystko przez narkotyki. - blondynka natychmiastowo odwróciła się w moją stronę. - Kiedy mniej ćpasz jesteś kompletnie inny! - uniosła swój ton głosu przy tym szeroko rozkładając palce u swych dłoni, a jej oczy zaczęły powoli świecić.
- To jest moje życie, nie powinnaś się w nie wtrącać. - powiedziałem złowrogo po czym wstałem z materaca i stanąłem z dziewczyną twarzą w twarz.
Widziałem jak w jej oczach wirują małe łzy. Była zdenerwowana, smutna i rozczarowana, a mi wcale jej nie było szkoda.
- Jesteś kompletnym egoistą! Wcale nie myślisz o nich, a tak naprawdę to dzięki George'owi masz dach nad głową, dzięki reszcie możesz od czasu do czasu zaspokoić swój narkotyczny głód. Staramy się ci tylko pomóc! Dlaczego się im tak odwdzięczasz? - zapytała spuszczając głowę, po czym podniosła ją.
Część twarzy zasłaniały jej jasnowłose pasma włosów ale na policzkach już dało się zauważyć małe, świecące kropelki.
- Nie jest mi przykro, że tak myślisz. - wzruszyłem obojętnie ramionami po czym wskazałem ręką na moich współlokatorów, którzy stali za Amy. - I wiem, że oni dali mi dużo. Odwdzięczałem się im cały czas. Chodziłem na rzeź, kradłem, zdobywałem dragi, ładowałem w nich kiedy byli na skraju głodu i naprawdę robiłem dla nich wiele ale wtedy pojawiłaś się ty. - parsknąłem kątem oka spoglądając na lidera naszej ekipy. - Nie wiem skąd się wzięłaś, dlaczego George chciał cię tu przyprowadzić, dlaczego w ogóle marnujesz swój czas siedząc tutaj z nami? - rozłożyłem lekko ręce i pokręcając głową nie spuszczałem wzroku z blondynki. - Wiesz... tyle pytań związanych z tobą chodzi mi po głowie i wciąż nie mogę znaleźć odpowiedzi. - westchnąłem cicho i oblizałem moje spierzchnięte wargi kręcąc przecząco głową.
- Nie zrozumiesz tego. - odezwała się po krótkiej chwili ciszy. - Nie zrozumiesz dlaczego marnuję czas dla was. - przygryzła obie wargi jakby nie chciała lub nie mogła nic więcej powiedzieć, przez co po mojej głowie krążyły kolejne durne pytania. - Mogę tylko jedno zaproponować, tylko się zgódź. - popatrzyła na mnie dużymi, ciemnymi oczami i zamrugała kilkakrotnie.
Spojrzałem na nią unosząc brew.
- Zgódź się na odwyk. Nie w ośrodku lecz pod moją opieką. - powiedziała stanowczo. - Tylko daj sobie pomóc.
Propozycja z jednej strony była kusząca, nawet bardzo. Lecz czy byłbym w stanie przetrzymać te dni głodu kiedy nie będę mógł się nawet ruszyć z bólu. Może warto zaryzykować?
- Zastanowię się nad tym. - odparłem krótko.
- Chcę usłyszeć tylko jedną odpowiedź Justin. Tak albo nie. - powiedziała stanowczo bacznie wpatrując się w moje oczy.
Głupi! Może to jest właśnie ta szansa? - mówiłem do siebie w myślach, nawet nie zdając sobie sprawy, że zgodziłem się na propozycję blondynki.
Jej twarz rozświetlił anielski uśmiech, po czym siedemnastolatka uściskała mnie delikatnie. Nie odwzajemniłem lecz w jakimś stopniu zrobiło mi się ciepło i miło.
- Zaczynamy jutro. - powiedziała. - Przygotuj się. - jasnowłosa mrugnęła do mnie okiem.
Wiedziałem o co jej chodzi. Lub po prostu miałem takie wrażenie. Musiałem sobie władować, być może ostatni raz. Nie wiem jak przecierpię ten okropny ból, ale jak się czegoś chce to wszystko może być możliwe.

~ PRZECZYTAŁEŚ? ZOSTAW SWOJĄ OPINIĘ! ~




Kochani, wiem, że czekaliście szmat czasu aż dodam rozdział. Jest on krótki, ale niestety brakuje mi czasu. Musicie wybrać. Krótsze rozdziały - pisane częściej, lub dłuższe i bardziej rozbudowane - dłużej. Wszystko zależy od Was.
Nie będę na razie też nic obiecywać, wszystko może się zmienić. Lecz jak na ten czas kolejny rozdział pojawi się na Wigilię/Boże Narodzenie.
I jeszcze jest jedna sprawa, ale muszę się nad nią zastanowić i wszystko wyjaśnię kiedy indziej :D

Życzę już teraz Wesołych Świąt (na wszelki wypadek gdybym nie zdążyła), trzymajcie się ciepło,
morfine

Tagi: drugs
15.12.2013 o godz. 12:05
30 stycznia


Jacoba już przywrócili do prac na zewnątrz. Tym razem plan był dopracowany co do szczegółu i szesnastolatek obiecał, że już nie odwali niczego podobnego, co zdarzyło się ponad tydzień temu.
Dzisiaj miałem stuprocentowe przekonanie, że się uda. Po prostu to czułem, i kiedy tak odgarniałem śnieg ciągle przyglądałem się Henry'emu, który cierpliwie czekał na ten odpowiedni moment. W końcu oznajmił nam tą wesołą nowinę, a na mój znak wszyscy trzej rzuciliśmy się do siatki i przerzucając worki, które łapał Jacob, przechodziliśmy po kolei, po czym sprintem biegliśmy drogą w stronę najbliższej stacji.

Po około czterdziestu minutach znaleźliśmy się na miejscu. Stanęliśmy opierając się rękami o nogi i głośno dysząc po prostu się śmialiśmy.
- Udało się! - krzyknął Jacob podskakując do góry. - Dzięki Justin. - chłopak poklepał mnie po plecach, po czym spojrzał na godzinę odjazdów pociągów. - Za dwadzieścia minut się rozstaniemy. - westchnął. - Mimo naszych konfliktów, miło było was poznać. - powiedział tak pewnie, jakbyśmy nigdy nie mieli się już spotkać. - Opowiem teraz o was wszystkim w Nowym Orleanie, zawsze będziecie tam mile widziani. - zaśmiał się, po czym ściskając nam obojgu ręce po prostu odszedł.
Odwzajemniliśmy z Henrym miłe pożegnanie i skierowaliśmy się na ławkę.
- Którym pociągiem jedziesz? - spytałem bez namysłu spoglądając na tablicę, na której co kilka minut zmieniały się literki i cyferki.
Chłopak westchnął i oparł łokcie na kolanach.
- Nie wiem. - wzruszył ramionami i oblizał usta wpatrując się pusto przed siebie.
- Nie masz gdzieś znajomych? - uniosłem brwi nawet nie uważając na to czy mógłbym zranić tym pytaniem mojego kolegę.
- Jestem ostatni z nich. - odpowiedział cicho i lekko załamanym głosem.
- W takim razie jedź ze mną do Nowego Jorku. - zaproponowałem entuzjastycznie.
- Nie. - zaprzeczył prostując sylwetkę i opierając się o oparcie ławki. - Poczekam na jakiś pociąg, byle jaki. Wsiądę do niego i po prostu odjadę gdzieś, nie wiem gdzie.
- Jak chcesz. - wzruszyłem ramionami. - Ale jak chcesz to zawsze możesz przyjechać do nas, zawsze znajdzie się wolne miejsce.
- Dzięki. - dziewiętnastolatek pokiwał głową i odwrócił głowę w stronę kilku dziewczyn stojących przy kasie z biletami w rękach.



Dwadzieścia minut później przyjechał mój pociąg. Na pożegnanie uścisnąłem Henry'ego i wskoczyłem do wagonu, po czym znalazłem wolne dla siebie miejsce.
Siedziałem sam w przedziale, zamknięty. Wyglądałem przez okno i patrzyłem na rozmazujący się obraz drzew, małych domków, ludzi stojących niedaleko torów. Niecierpliwość zobaczenia rodzinnego miasta wypełniała mnie od pięt do czubka głowy. Miałem wrażenie, że mam już tego nadmiar i wszystko wylewa mi się przez uszy.
Podróż się dłużyła niemiłosiernie. Siedzenie pokryte jakimś tanim materiałem stawało się coraz twardsze i uwierało, co powodowało, że cały czas zmieniałem pozycję, w której siedziałem. Przy okazji władowałem sobie tylko raz, rekord.
Na szczęście w końcu z daleka zobaczyłem metropolię mojego miasta. Wstałem na równe nogi i przyległem do szyby. Górne małe okienko, które otworzyłem, lekko mierzwiło moje włosy zimnym powietrzem dając mi przy okazji dużo orzeźwienia.
W jednym momencie zabrałem ze sobą torbę i kurtkę, po czym opuściłem mój przedział kierując się do wyjścia, kiedy właśnie pociąg zaczął hamować z piskiem. Po chwili stanął, drzwi się otworzyły, a ja ujrzałem znak "Nowy Jork". Pierwszy raz od kilku tygodni miałem na twarzy taki uśmiech jak teraz.
Szybkim krokiem opuściłem pociąg, zarzuciłem torbę na ramię i wciągnąłem do płuc Nowojorskie powietrze. Od razu zrobiło mi się lepiej. Już widziałem kierunek mojej drogi. Uśmiechnięty wyciągnąłem papierosa z kieszeni, wsadziłem do ust, podpaliłem, zaciągnąłem się i ruszyłem w stronę domu.

Po drodze wypaliłem jeszcze jakieś sześć papierosów aż w końcu znalazłem się przed drzwiami kamienicy. Uśmiech z twarzy mi w ogóle nie schodził. Jakbym naćpał się LSD. W końcu nacisnąłem klamkę. Podekscytowanie skoczyło w górę a ja pchnąłem drewniane drzwi wchodząc do środka. Rzuciłem torbę w kąt i wszedłem w głąb pomieszczenia. Stanąłem w progu mojego pokoju. Oczy wszystkich natychmiastowo zwróciły się na mnie.
- Justin! - krzyknęła Andrea podbiegając do mnie, po czym czule do siebie tuląc.
Nie spodziewałem się od niej takiego przywitania, ale jednak miło mi się zrobiło i odwzajemniłem uścisk.
Druga była Amy. Ta nic nie mówiąc po prostu wtuliła się we mnie i nie chciała przez długi czas puszczać.
- Tęskniłam. - szepnęła ściskając skrawek mojej koszulki.
- Ja również. - odpowiedziałem głaszcząc jej głowę moją wychudzoną ręką.
Ze wszystkimi oczywiście miałem okazję się przywitać. Jak Amy wspominała, materac był nienaruszony. Nawet moje prochy były na miejscu.

- Opowiedzcie co się tutaj działo kiedy mnie nie było. - powiedziałem trzymając w rękach kubek gorącej herbaty przygotowanej przez blondynkę.
- Wszystko po staremu. - odpowiedział Simon podpalając papierosa.
- Tylko rzeź jest rzadziej. - dodał George. - Zasługa naszej ślicznej blondyneczki. - zaśmiał się cicho, a Patricia w tym czasie uderzyła go w ramię, lecz tak przyjaźnie, również się śmiejąc.
- I jeszcze jedna sprawa się zmieniła. - powiedziała podekscytowana Andrea.
Uniosłem brwi przyglądając się bacznie nastolatce, dodatkowo dopijając ostatki z kubka.
Brunetka natomiast przygryzła dolną wargę po czym rzuciła radośnie:
- Amy ma chłopaka. - zaśmiała się klaszcząc w ręce.
W tym momencie poczułem, że płyn nie skierował się tam gdzie potrzeba. Odstawiłem szybko kubek, wyplułem trochę herbaty na stół i na podłogę, po czym zacząłem się krztusić. Reszta poklepywała mnie po plecach aż w końcu wyprostowałem sylwetkę, wytarłem usta w rękaw bluzy i uniosłem brwi.
- Powtórz, bo nie dosłyszałem.
- Amy ma chłopaka. - zrobiła to, co jej kazałem.
Przeniosłem wzrok na blondynkę. Siedziała jakby niewzruszona ale coś ją w środku ruszało. Unikała mojego wzroku speszona, aż w końcu utkwiła go w swoich dłoniach, które miała na stole.
- Kto jest tym szczęściarzem? - spytałem wymuszając uśmiech.
- Liam Danly. - odpowiedziała Amy. - Jesteśmy razem już tydzień. - powiedziała tak, jakby teraz chciała mi zrobić na złość. Do tego ten jej wzrok.
- Chyba się położę spać. - powiedziałem zaciskając lekko zęby, po czym wstałem i położyłem się na mój materac, za którym tak tęskniłem.
Znowu wróciło. To uczucie nienawiści, skąd ono się wzięło?

~ PRZECZYTAŁEŚ? ZOSTAW SWOJĄ OPINIĘ! ~




Koniec części dwunastej. Nie wiem co tu jeszcze wyskrobać. Wspominałam już, że jesteście najwspanialsi :D
Ale jeszcze podziękuję za komentarze! Cały blog istnieje dzięki Wam! <3
Jeszcze raz wielkie dzięki i trzymajcie się ciepło, nie chorujcie,
morfine :*



Tagi: drugs
26.11.2013 o godz. 17:39
20 stycznia


Bardzo długo zajęło nam przekonanie dyrektora, aby dał nam pozwolenie na pracę w ogródku. Miał powód aby nam nie pozwolić, a jaśniej mówiąc chodziło o strzykawkę Jacoba. Tym bardziej, że bardzo dziwiła go nasza chęć do pracy. Wiedział również, że narkomani to nieźli manipulanci i przeważnie stawiają na swoim, lecz w końcu zgodził się, kiedy zaczęliśmy mu opowiadać o powrocie do normalnego zdrowia i życia. Widać po nim było, że się trochę tym wzruszył, a jego wiara w nasze wyleczenie miało większą skalę niż wcześniej i stąd to pozwolenie dzięki czemu stoję teraz z łopatą nad odgarniętym przeze mnie śniegiem.
Opis ucieczki był prosty. Miałem dać znak chłopakom, kiedy West się oddali i będzie ten odpowiedni moment. Wtedy uciekniemy z workami, w których mieliśmy spakowane nasze torby, a nie ziemię, którą mieliśmy posypać chodniczek, żeby nikt się nie poślizgnął.
Z dala widziałem, że Jacoba kusi wolność. Stał najbliżej siatki i co chwila wyglądał poza nią. Czasami miałem wrażenie, że pokona ją jednym susem i już będzie stał na dworcu do swojego rodzinnego Nowego Orleanu, jednak powstrzymywał się i czekał na mój znak.
- Justin. - szepnął Henry podchodząc do mnie nieco bliżej.
On miał jedno z ważniejszych zadań. Musiał podsłuchiwać dyrektora jak rozmawia z Judith czy aby nie idzie do ośrodka czegoś załatwić. Im sprawa jest poważniejsza, tym dłuższa i lepsza jest możliwość ucieczki.
- West mówił, że idzie coś wypełnić. - dodał i odszedł szybko zajmując się pracą razem z Danielle.
To był ten moment. Wiedziałem, że zaraz będę mógł pojechać do Nowego Jorku, spotkać wszystkich. Nie wiem nawet skąd we mnie znalazło się to uczucie tęsknoty.
Justin! - krzyknąłem do siebie w myślach i potrząsnąłem głową - skup się - powtarzałem i wpatrzony w łysego starca wyprostowałem rękę, którą miałem dać znak chłopakom.
Kątem oka mogłem dostrzec jak Jacob prawie się trząsł z niedoczekania, a kiedy tylko West odwrócił się do nas plecami i postawił pierwsze trzy kroki do wejścia budynku, Jacob rzucił szpadel i wspiął się na siatkę, co spowodowało niemały hałas i zwrócenie uwagi Westa.
- Jacob! - krzyknął i zaczął biec w stronę chłopaka, po czym łapiąc go za ubrania ściągnął siłą na ziemię. - Co ty sobie wyobrażasz?
Brunet leżał na śniegu wpatrzony w rozzłoszczoną twarz mężczyzny. Miałem wrażenie, że zaraz się rozpłacze, ale zamiast tego wstał, otrzepał się i ze spuszczoną głową zmienił stanowisko pracy, które wyznaczył mu West. Na jego miejsce postawił najspokojniejszą, ale najwięcej ćpającą dziewczynę. Krążą o niej plotki, że jest jakaś opętana i ktoś cały czas jej pilnuje, bo już dawno by wąchała kwiatki od spodu. Ja oczywiście nie wierzę w te brednie. Ludzie różne rzeczy wymyślają o ludziach w ośrodku, żeby tylko nie było nudno i między nami krążyła jakaś sensacja.

Po skończonej pracy mieliśmy udać się do łazienki wziąć prysznic, a później zejść na obiad. Właśnie brałem mój ręcznik z torby, kiedy do pokoju wszedł ten głupi szesnastolatek.
Zacisnąłem zęby i podszedłem do niego wpatrując się rozzłoszczonym wzrokiem w chłopaka, który wydawał się być o wiele starzy.
- Idiota. - warknąłem popychając go, po czym przycisnąłem Jacoba do ściany trzymając przedramię przy jego "jabłku Adama". - Przez ciebie cała ucieczka legła w gruzach! - syknąłem przyciskając go jeszcze bardziej.
Jego twarz zaczynała się robić czerwona, nie mógł już powoli oddychać, w oczach nawet nie widziałem strachu, twardo patrzył się na mnie, nawet się nie broniąc, jakby chciał umrzeć.
- Justin. - Henry odsunął mnie od Jacoba, na co ten osunął się po ścianie i zaczął się krztusić i głęboko oddychać przy tym łapiąc się za gardło. - Następnym razem się uda. - pocieszył poklepując mnie po plecach.
Ja tylko posłałem mu chłodne spojrzenie i opuściłem salę trzaskając drzwiami.

Po obiedzie wszedłem do pokoju już nie zwracając uwagi na Jacoba, tylko położyłem się na łóżku i zacząłem myśleć przyglądając się listowi od Amy. Chciałem jej jakoś podziękować za pamięć. W końcu wygrzebałem jakiś skrawek papieru, długopis i zacząłem powoli pisać...
Droga Amy,
Jest mi tutaj w miarę dobrze, chociaż ludzie tutaj są pokręceni. Mam wrażenie, że nie pasuję do nich, mimo, że jestem taki sam.
Dzisiaj chciałem stąd uciec ale jeden idiota zepsuł cały plan. Chciałbym w końcu zobaczyć kamienicę, przejść się alejami w Central Parku, porozmawiać ze wszystkimi, położyć się na moim materacu, bo tutaj łóżka są strasznie twarde, a przede wszystkim uścisnąć Ciebie. Mam nadzieję, że o mnie cały czas pamiętasz.
Dziękuję Ci za wszystko.
Również tęsknię,
Justin Bieber.

Kończąc, przeczytałem trzy razy to co napisałem i składając kartkę włożyłem do wcześniej zaadresowanej do mnie koperty. Zamazałem mój adres i napisałem nowy, naszej kamienicy, po czym odłożyłem list na stolik. Zawsze druga pielęgniarka - Marie chodziła po osiemnastej i zbierała rzeczy, a teraz właśnie był czas na zajęcia w grupie na świetlicy.
Kierując się za krzykiem dyrektora, skierowaliśmy się do kolorowej sali.
Gdy już każdy z nas zajął miejsce, dyrektor stanął pośrodku kółka, które utworzyliśmy i posłał nam uśmiech.
- Witam na kolejnych zajęciach. - powiedział z entuzjazmem, po czym przybrał poważny wyraz twarzy. - Na początek chciałbym się odnieść do dzisiejszego incydentu. - w tym momencie jego wzrok przeniósł się na Jacoba. - Nie wiem w jakim celu chcecie stąd uciec. Przecież większość z was sama wybrała dla siebie ten ośrodek żeby wyjść z nałogu, a każdy i tak próbował już kiedyś stąd się wynieść. - westchnął pokręcając głową. - Zastanówcie się czego chcecie! Wyobraźcie sobie, że poza ogrodzeniem tego budynku panuje straszliwa choroba, a tutaj macie jedyną szansę na zdrowe, normalne życie. Natomiast gdy wyjdziecie, umrzecie. Z wami jest tutaj tak samo. - jego ton w tej wypowiedzi znacznie się podniósł. - Sami jesteście kowalami swego losu! Nie jesteście tutaj dla mnie, lecz dla siebie.
Z jednej strony uważałem, że West dobrze mówi, ale tak naprawdę nigdy nie pojmie tego, co czuje prawdziwy ćpun. Kiedy nie ma ani grama jego ulubionego narkotyku.
Kiedy tak mężczyzna dawał nam kazanie na temat ucieczek, widziałem jak kilka osób się wzruszyło. Narkomani amatorzy.
Po ogłoszeniu nam kilku wiadomości, zajęliśmy się pracami w grupie. Nie chciałem brać w tym udziału, ale musiałem. Zadanie, które otrzymaliśmy to narysować nasze wspólne, normalne życie. Gdzieś tam w rogu namalowałem małą strzykawkę. Dosłownie malutką.
Po zajęciach rozeszliśmy się do pokojów. W drodze do łazienki, usłyszałem rozmowę Westa z Judith.
- Kolejny. - westchnął mężczyzna.
Na chwilę nastała cisza, kiedy kobieta zabrała głos.
- Kto? - spytała lekko drżącym głosem.
- Philip Close. - powiedział.
Zatkało mnie. Stanąłem oparty o zimną ścianę czując garde narastającą gulę. Pamiętałem go bardzo dobrze. Philip pochodził z Kanady, był mocnym zawodnikiem i wzorem do naśladowania. Pomimo swojego nałogu był dobrym człowiekiem, pomagał w jakiejś organizacji. Parę razy miałem z nim salę. Nawet raz uciekliśmy wspólnie stąd, a teraz on tak po prostu nie żyje?
Przetarłem dłońmi twarz i osunąłem się po ścianie, kucając. Pierwszy raz ktoś mi bliski umarł. Paskudne uczucie. Postanowiłem więc wziąć przykład z Judith. Wstałem powoli i wąskim korytarzem skierowałem się do kaplicy. Kiedy tam wchodziłem, poczułem jakieś dziwne uczucie. Nawet nie wiedziałem po co tutaj przyszedłem i co mnie skłoniło, lecz i tak dalej brnąłem w głąb pomieszczenia.
Popatrzyłem na dosyć duży krzyż, na którym widniał Jezus. Jego oblicze było straszne, i do tego miałem wrażenie, że na mnie patrzy. Mimo to, usiadłem w jednej, małej ławce, przyklęknąłem i złożyłem byle jak ręce.
Przez pierwszą minutę nie wiedziałem co powiedzieć. Nigdy nie rozmawiałem z Bogiem. Nigdy w niego nawet nie chciałem wierzyć, lecz mimo to zacząłem powoli mówić:
- Nie wiem czy istniejesz. - zacząłem niepewnie wpatrując się w krzyż przede mną. - Nie wiem czy też mnie słuchasz, ale tak dużo osób się do ciebie zwraca, może teraz pora na mnie. - westchnąłem spuszczając głowę. - Nigdy w ciebie nie wierzyłem. Teraz nie wiem co o tobie myśleć. Nie wiem nawet jak mam się do ciebie zwracać. - uniosłem głowę. - Po prostu bądź łaskawy dla Philipa. Sam wiesz, że był dobry. Pomagał wszystkim. To nie jego wina, że jest uzależniony. Obiecaj, że się z nim zaopiekujesz. Tak jak on innymi. - zacisnąłem zęby, po czym wziąłem głęboki wdech.
Czułem jak w moich oczach gromadziły się łzy.
Nagle za sobą usłyszałem ciche chrząknięcie. Mimowolnie zerwałem się ze swojego miejsca i spojrzałem za siebie. Siedziała tam Judith.
Kobieta posłała mi uśmiech i nakazała ręką abym usiadł.
- To było bardzo ładne, Justin. - powiedziała, po czym wstała ze swojego miejsca i podeszła do mnie.
Nie wiedziałem co powiedzieć. Było mi głupio odpowiedzieć, ogólnie powiedzieć cokolwiek.
- Na pewno Philip jest zadowolony z twojej modlitwy. - dodała wpatrzona w krzyż.
- To nawet nie była modlitwa. - odpowiedziałem kpiąco.
- Z Bogiem możesz rozmawiać w każdy sposób. Nie ważne jak, ważne żebyś uwierzył, że on tu jest.
- Nie wierzę w Boga. - pokręciłem głową wzdychając.
- Gdybyś w niego nie wierzył, nie przychodziłbyś tutaj i nie rozmawiałbyś z nim. - stwierdziła z powagą, po czym przeniosła wzrok na mnie. - Jesteś dobrym dzieciakiem. Potrafisz być taki jak Philip, ale twoja duma na to nie pozwala. - dodała z pewnością.
Zamilkłem. Dlaczego ona zawsze miała rację?
- Ty w niego wierzysz? - zapytałem pokrótce.
- Oczywiście. Ale nie wytłumaczę ci tego, ponieważ nie jest to wytłumaczalne. Kiedy sam uwierzysz, przekonasz się. Jak na razie jesteś na dobrej drodze. Ale pamiętaj. W niebie cieszą się bardziej z jednego nawróconego grzesznika, niż ze stu ludzi żyjących z prawdą i wiarą.
- Jak to?
- Zrozumiesz w swoim czasie. - odpowiedziała, po czym wykonała krótki znak krzyża. - Zobaczysz, życie, które wypełnia miłość, zgoda i szczęście jest lepsze od tego, które prowadzisz teraz. Jeszcze się przekonasz. - kobieta wstała ze swoje miejsca i posłała mi kolejny uśmiech, po czym opuściła kaplicę.
Przed obliczem Wszechmogącego przesiedziałem jeszcze jakąś godzinę analizując wszystko to, co przekazała mi jasnowłosa kobieta.

Tydzień później

27 stycznia


Właśnie mieliśmy nowe zajęcia na zewnątrz, tylko Jacob nie mógł być z nami ze względu na poprzednią akcję. Dzisiaj musiałem sobie radzić sam z Henrym. Byłem już nastawiony na szybki bieg w stronę pierwszego dworca, z którego zawsze wyjeżdżałem do NY.
- Justin, już za chwilę. - szepnął czarnowłosy dziewiętnastolatek kładąc powoli łopatę do odgarniania śniegu na ziemi, a gdy tylko dyrektor zniknął nam z oczu, on za moim znakiem popędził w stronę siatki.
Przez pierwsze sekundy gnałem za nim, ale po pewnej chwili się powstrzymałem i zatrzymałem.
- Justin, co jest? - Henry również stanął i odwrócony w moją stronę rozłożył ręce w geście niezrozumienia.
- Nie chcę zostawiać Jacoba. Chciał przecież uciec z nami. - spuściłem głowę i podniosłem łopatę z ziemi. - Jak chcesz to idź, my wymkniemy się następnym razem. - powiedziałem stanowczo i zająłem się dalszym kopaniem w śniegu.

~ PRZECZYTAŁEŚ? ZOSTAW SWOJĄ OPINIĘ! ~




Zawiewa nudą, co? :D
I do tego są liczne błędy, ale mam zamiar się poprawić :)
Co do rozwinięcia akcji... Jeszcze musicie poczekać do rozdziału #15 i wtedy akcja się rozkręci. Na pewno będziecie zadawali sobie dużo pytań co do opowiadania, ale na najważniejsze dostaniecie odpowiedź dopiero na samym końcu opowiadania. Mam nadzieję, że ze mną zostaniecie :)
Dziękuję Wam za komentarze i obserwowanie, jesteście cudowni!
Pozdrawiam ciepło,
~morfine
Tagi: drugs
17.11.2013 o godz. 22:54
Właśnie wsłuchiwałem się w kłótnie dyrektora z Jacobem. Ten stary zgred nie miał na nas siły, ale wciąż dążył do tego, abyśmy skończyli z naszym nałogiem co moim zdaniem było irracjonalne.
- Skąd to wzięliście? - pan West powtórzył pytanie trzymając w ręce strzykawkę, która należała do bruneta.
Nikt się nie odzywał. Wszyscy siedzieli cicho na swoich łóżkach i wgapiali się blado w mężczyznę stojącego pośrodku białej sali.
W końcu zrezygnowany opuścił głowę i włożył sprzęt do kieszeni swojego fartucha. Popatrzył się na nas kręcąc przecząco głową, po czym podszedł do drzwi, złapał za klamkę i wyszedł z pomieszczenia.
Wszyscy trzej popatrzyliśmy się po sobie. Dwójka moich nowych kolegów położyła się na swoich materacach, a ja pomyślałem o tym jak dyrektorowi musi być tutaj ciężko. Cały czas leczy narkomanów z wiarą, że mu się to uda. Przykre jest to jak codziennie dochodzą do niego wiadomości o śmierci jego wychowanków. Biedak pewnie jest już na skraju przepaści zwanej potocznie depresją. Z jednej strony... co mnie obchodzi jego los. Sam sobie wybrał taką pracę, więc musi za to płacić.
- Justin. - zwrócił się do mnie Jacob, podciągając się na łokciu, po czym wlepił we mnie swoje oczy z tymi przerażającymi źrenicami.
Popatrzyłem na niego wzrokiem mówiącym "czego chcesz?".
- Masz jeszcze tą swoją morfinę? - spytał wyciągając spod materaca kolejną strzykawkę.
Moje oczy natychmiastowo rozbłysły a na moją twarz wkradł się cwaniacki uśmiech. Po chwili spod mojego materaca wyciągnąłem buteleczkę z narkotykiem i rzuciłem w jego stronę. Na nasze nieszczęście, Jacob nie złapał, a szklane naczynie pękło pod uderzeniem i podłogę pokryły malutkie, świecące drobinki.
- Ty idioto! - wrzasnął Henry zrywając się z łóżka i klękając na podłodze zaczął zbierać szkło.
- Zamknij się. - syknął brunet w jego stronę i również klękając na ziemi, wciągnął do strzykawki płyn, który znajdował się na posadzce, po czym całość władował sobie do kanałów.
- Nienormalny jesteś? - spojrzałem na niego wstając i rozkładając ręce. - Z podłogi prosto w kanał? Chcesz się żółtaczki nabawić?
- Nie pierwszy i nie ostatni raz. - wzruszył obojętnie ramionami, po czym położył się na swoim twardym łóżku i odprężył swoje ciało.
Pokręciłem tylko głową i pomogłem Henry'emu zbierać szkło.
- On nigdy się nie wyleczy. - szepnął czarnowłosy chłopak nakładając na rękę kolejne drobinki pokruszonego szkła.
Nic nie odpowiedziałem. Po prostu pomogłem mu dozbierać wszystko to, co zostało jeszcze na ziemi, po czym wyrzuciliśmy je do kosza i wytarliśmy swoimi ubraniami resztki cieczy z podłogi i wściekli na bruneta, położyliśmy się z powrotem na łóżkach.

Tydzień później.


Do sali weszła Judith - pielęgniarka, najfajniejsza tutaj i najbardziej wyrozumiała. Dawno straciła wiarę w nasze wyleczenie, i polubiła nas. Staliśmy się dla niej rodziną. Pamięta stąd każdego, każdego stąd szanuje, choć nie często z nami rozmawia, a jeśli już, to daje bardzo cenne rady, które przydają się na resztę naszego nędznego życia. Czasami też tą utytą kobietę można było zauważyć w ośrodkowej kaplicy. Kiedy tylko do nas dochodziła wieść o śmierci jakiegoś ćpuna, ona biegła do małego pomieszczenia i klękając przy krzyżu zmawiała długi pacierz za duszę zmarłego. Miłe z jej strony, że nie tylko troszczy się o nas za życia, ale także po śmierci.
- Listy przyniosłam. - powiedziała z lekkim uśmieszkiem na twarzy i wchodząc w głąb pokoju rzuciła białe koperty na stolik.
- Dzięki. - odpowiedzieliśmy szybko i podeszliśmy wolnym, jakby obojętnym krokiem do listów, ale jednak byliśmy strasznie zaciekawieni co się tam kryje. Dwa były adresowane do mnie. Dwa pozostałe do chłopaków.
Położyłem się na łóżku i rozerwałem papier pierwszej koperty. List był od rodziców. Westchnąłem rozkładając kartkę, po cym zacząłem powoli czytać.

Synku,
Wcale nie chcieliśmy Cię tutaj wysłać, ale musieliśmy to zrobić. Martwimy się o Ciebie. Proszę, nie skreślaj nas...

W tym momencie zgniotłem kartkę i rzuciłem ją za siebie nie chcąc czytać dalej ich wypocin. Zaraz potem sięgnąłem po kolejny list, otworzyłem go i zacząłem czytać. Był od Amy. Mimo wszystko, na mojej twarzy pokazał się uśmiech.

Cześć Justin!
Strasznie za Tobą tęsknimy, wszyscy się o Ciebie martwią i czekają kiedy wrócisz, ja też.
Mam nadzieję, że jest Ci dobrze tam, gdzie jesteś, że jesteś pod dobrą opieką i zajmują się Tobą tak, jak powinni.
Chciałabym być teraz przy Tobie, chciałabym żebyś Ty tu był. Bez Ciebie jest tak inaczej, nijak. Chcę Cię zobaczyć jak najszybciej! Mam nadzieję, że szybko opuścisz ośrodek, chociaż George opowiadał mi, że bez ucieczki stamtąd nie wyjdziesz prędzej niż po połowie roku. Nie chcę czekać tak długo, postaraj się żebyś mógł do nas wrócić szybko.
P.S. Nikt się nie dotyka do Twojego materaca, cały czas go pilnuję :D

Tęsknię,
Amy.


Uśmiechnąłem się szeroko wgapiając się w biały kawałek papieru z pismem blondynki.
- Dziewczyna? - spytał Henry uśmiechając się w moją stronę.
Zignorowałem to pytanie i czytałem list chyba z dziesięć razy, kiedy do mnie coś doszło. Musiałem w końcu obmyślić plan ucieczki.
- Chłopaki. - podniosłem się i popatrzyłem na nich. - Ucieknijmy stąd, jak najszybciej.
- Stąd się nie da uciec. - przewrócił oczami Jacob odkładając swój list na półkę.
- Uciekałeś kiedyś stąd? - popatrzyłem na nieco unosząc brwi, nie doczekałem się odpowiedzi. - No właśnie.
Po chwili wstałem z łóżka i podszedłem do okna. Podrapałem się po tyle głowy i zastanawiałem się nad planem. Musieliśmy coś wykombinować, koniecznie!
Rozglądałem się po podwórku gdzie narkomani poddawali się pracom przy ogródku. Były to takie zajęcia, które wprowadził West. Nagle moje źrenice się rozszerzyły, a nad głową zapaliła się żarówka.
- Wiem! - klasnąłem w ręce odwracając się w stronę współlokatorów. - Mamy zajęcia na dworze. Tam odgradza nas tylko siatka. Wystarczy, że Westa lub innej osoby nie będzie w pobliżu, a my po prostu stamtąd zwiejemy. - powiedziałem nabuzowany szczęściem.
Wiedziałem, że ten plan może się udać.
- Myślę, że to mogłoby wypalić. - odparł Henry kiwając twierdząco głową.
- Tylko zapamiętajcie. - nakazałem. - Trzymajcie się mojego planu, albo nigdy stąd nie wyjdziemy.
- Ja tam w to wchodzę. - Henry uniósł rękę uśmiechając się, po czym odwrócił wzrok na Jacob'a. - A ty? - zapytał.
- W sumie czemu nie, może być fajnie. - zaśmiał się lekko wzruszając ramionami.
Wyszczerzyłem zęby na tą wieść. Wiedziałem, że będę mógł w końcu zobaczyć Nowy Jork, przyjaciół, a co najważniejsze, Amy.

~ PRZECZYTAŁEŚ? ZOSTAW SWOJĄ OPINIĘ! ~


Przepraszam, że dodaję tak późno, ale muszę się teraz naprawdę ostro wziąć za naukę (co robię tak naprawdę od początku roku).
Kolejny rozdział prawdopodobnie w przyszły weekend.
I DZIĘKUJĘ za 18 komentarzy! <3 Wy chyba nigdy nie przestaniecie mnie zadziwiać, jesteście NAJLEPSI!

Miłego tygodnia,
morfine.
Tagi: drugs
11.11.2013 o godz. 13:55


2 stycznia 2014 r.


Miałem zamknięte powieki, lecz czułem jak robi się coraz jaśniej. Miałem ochotę je otworzyć ale aktualnie to zadanie było dla mnie niewykonalne, więc nie trudziłem się nim. Wolałem w spokoju poczekać aż wrócą do mnie pierwotne siły.
Wokół mnie było cicho, jednak byłem przekonany, że znajduję się na wieczorze sylwestrowym. Po głowie chodziła mi głośna muzyka, tańczący ludzie, fajerwerki, znajomi, niewykształcony młody diler i Amy. Jej wspaniałe blond włosy, które otulały jej twarz z lekko różowymi wypiekami na policzkach. Uśmiechnąłem się w głębi duszy na jej portret, który ukazywał się tak wyraźnie w moich myślach, kiedy wokół mnie pojawił się cichy szmer. Był on pierwszym dźwiękiem, który doszedł do mojego ucha i został przetransportowany do mojego już prawie straconego mózgu. Po kilku sekundach szmer przerodził się w ciche pikanie.
Zdziwiło mnie to bardzo, ponieważ miałem w zamiarze usłyszeć muzykę z dyskoteki.
Zdezorientowany, ruszyłem palcem u mojej ręki. Pikanie zmieniło się z wolniejszego na nieco szybsze, lecz nadal spokojne.
Po chwili powrócił do mnie dotyk. Pod palcami poczułem ciepłą tkaninę, a na włosach ciepły dotyk. Miałem nadzieję, że to Amy stoi nade mną i czeka.
I właśnie wtedy odważyłem się otworzyć ponownie oczy. Na początku tylko lekko uniosłem lewą powiekę. Blade i rażące światło mocno wbiło się w moją źrenicę, co spowodowało ponowne zamknięcie się oka, ale widok blondynki kusił mnie bardziej niż kiedykolwiek.
Uparty, uniosłem obie powieki. Znów to rażące światło, lecz nie chciałem się jemu poddawać, co powodowało ustępowanie promieni, a zmieniło się w rozmazany obraz. Byłem zadowolony, ponieważ już mogłem spokojnie otwierać oczy, aż w końcu mi się to udało. Zatrzepotałem kilkakrotnie powiekami przyzwyczajając się do otoczenia.
Dopiero po minucie dotarło do mnie, że jestem w szpitalu. Czyli jednak przesadziłem.
- Justin. - do moich uszu dobiegł cichy, kobiecy szept. - Już wszystko dobrze, zostaniesz z nami.
Odwróciłem głowę w stronę kobiety, która okazała się moją matką. Miałem zamiar teraz właśnie zeskoczyć z łóżka i głośno krzyknąć, żeby się do mnie nie dotykała. Niemniej jednak brakowało mi do tego siły.
- Panie doktorze! - krzyknął mój ojciec wyglądając z sali na korytarz, po czym do pomieszczenia wszedł niski brunet, z łysiną na samym czubku głowy.
- Witam w naszym świecie. - powiedział z uśmiechem, po czym podszedł do narzędzia, które właśnie irytowało mnie swoim dźwiękiem.
Śledziłem go wzrokiem bez przerwy, aż w końcu przystanął przy moim łóżku i splótł ręce przed sobą.
- Miał pan wiele szczęścia, panie Bieber, lecz to już są pańskie ostatnie takie zagrywki. - mówił poważnie. - Ale nie będę pana obciążał moimi stwierdzeniami. Z pewnością nic i tak pan nie rozumie po przebudzeniu.
Oczywiście, że wszystko rozumiałem. Przedawkowałem, i to ostro. Facet gówno wiedział na temat mojego stanu. Umysł doskonale mi funkcjonował, tylko może zewnętrznie nie wyglądałem najlepiej.
- Myślę, że syn powinien pojawić się w domu za jakiś tydzień. Jak na razie zaleca się mu wypoczywanie. Później proszę go pilnować albo zrobić naprawdę dobry odwyk. - zwrócił się do moich rodziców, po czym uśmiechnął się do mnie i opuścił salę.
Między tymi białymi ścianami zapadła cisza, tylko urządzenie obok mnie wydawała denerwujące mnie dźwięki.
- Synku. - zwróciła się do mnie matka łapiąc za moją dłoń. - Musimy ci o czymś z tatą powiedzieć. - swoim kciukiem pogłaskała wierzch mojej ręki.
Ojciec usiadł na drugim krzesełku, z drugiej strony łóżka. Z jego miny dało się tylko tyle wywnioskować, że nie miał już siły. Z jednej strony mu współczułem, lecz nie zapomniałem o tym co mi zrobił.
Oboje westchnęli w tym samym czasie i wymienili się spojrzeniami. Widocznie nie chcieli mnie o tym informować. Jednak musieli, nie mieli wyjścia.
- Może ja to powiem. - wtrącił ojciec kiwając twierdząco głową do mojej rodzicielki, tym samym pokazując jej, że to dobry pomysł.
Moje oczy teraz były zwrócone na niego.
- Po pierwsze. - zaczął powoli. - Przepraszam cię za wszystko synu. - westchnął spuszczając głowę. - Nie zdawałem sobie sprawy z tego jak będę cierpiał bez ciebie.
Wzruszające - prychnąłem do siebie w myślach, lecz dalej nasłuchiwałem jego słów.
- Będziesz mieszkał z nami, będziemy też mieli na ciebie oko. - zatrzymał się na chwilę wstrzymując oddech. - Musimy cię wysłać na odwyk. Już wszystko załatwiliśmy. Za tydzień już tam będziesz. - powiedział szybko.
Myślałem, że się przesłyszałem. Maszyna obok mnie zaczęła szybciej pikać, a rodzice wystraszeni odsunęli się ode mnie natychmiastowo. Matka patrzyła na mnie przerażona, aż w końcu pobiegła do drzwi i zaczęła wzywać kogoś na pomoc.
Po pięciu minutach pielęgniarki mnie uspokoiły każąc przy tym rodzicom opuścić salę. Przynajmniej miałem spokój.

9 stycznia


Leczenie w szpitalu zostało zakończone. Właśnie rodzice pakowali moje rzeczy do torby i czekałem na wypis, a później natychmiastowe przewiezienie do Bostonu.
Byłem strasznie wściekły na nich. Nienawidziłem tych miejsc. Mimo tego, że było tam wielu takich samych jak ja, to jednak czułem się inny.
W czasie pobytu w szpitalu, pod obecność rodziców odwiedzali mnie ludzie z mojej paczki i opowiadali mi wszystko, przy okazji wstrzykując mi niewielkie dawki, żeby tylko tok mojego serca diametralnie się nie zmienił. Oczywiście Amy również mnie odwiedziła kilka razy, lecz nie z grupą. Mówiła, że będzie za mną tęskniła kiedy wyjadę. Szczerze mówiąc to ja za nią też.
- Justin, już wszystko gotowe. Jedźmy. - powiedział stanowczo ojciec zabierając moją torbę i opuścił salę.
Odwróciłem wzrok od okna, za którym widziałem kawałek Nowego Jorku. Zaczęło mi go już brakować. Mojego materaca, kamienicy... Mimo to wstałem ze szpitalnego łóżka i poszedłem za rodzicami, kierując się korytarzem do wyjścia.
Wychodząc, smród spalin i kawałka świeżego powietrza od razu wbił się w moje nozdrza. Byłem z jednej strony zadowolony, że opuściłem szpital, ale z drugiej strony za jakieś półtorej godziny znowu miałem stracić moją wolność.
- Przykro mi. - szepnęła moja rodzicielka stając obok mnie, po czym położyła swoją dłoń na moim ramieniu i zeszła z kilku schodków zaraz potem wsiadając do samochodu. Zajęła miejsce pasażera z przodu. Miała spuszczoną głowę i bawiła się swoimi paznokciami. Widać było, że nie chciała wcale mnie tam wysyłać, ale musiała. Jednak dalej jej nie cierpiałem.
- Justin! - krzyknął ojciec machając ręką zza auta.
Wyrwałem szybko się z zamyśleń i podszedłem do pojazdu, zajmując miejsce na tyle.

Mój los już był przesądzony. Siedziałem właśnie w gabinecie dyrektora tego całego ośrodka, który już dosyć dobrze znałem.
- Miło cię znów tutaj gościć. - zwrócił się do mnie łysy mężczyzna posyłając mi niechętnie uśmiech.
Mruknąłem cicho i spuściłem wzrok na moje palce, które wędrując po moich nogach nie mogły znaleźć jednego miejsca spoczynku.
- Dziękuję za zaufanie, i powierzenie nam swojej pociechy. - dyrektor zwrócił się do moich rodziców, po czym wstał i uścisnął im obu dłonie.
- My również dziękujemy. - odpowiedziała grzecznie matka.
- Teraz Justin możesz się pożegnać z rodzicami, a ja zaraz zaprowadzę cię do twojego pokoju. - łysol wyszedł zza biurka i stanął obok mnie.
Ja natomiast wstałem z krzesła i spojrzałem na parę małżonków przede mną, którzy czekali na jakieś miłe pożegnanie.
- Na razie. - rzuciłem i wyszedłem z gabinetu, w między czasie porywając moją torbę z ubraniami.

Szliśmy długim, białym korytarzem, który dobrze znałem. Co chwila wymijając narkomanów, w końcu znalazłem się w jednej z sal. Mężczyzna wskazał mi łóżko, na które rzuciłem torbę i usiadłem sprawdzając miękkość materaca. Niestety niczym nie przypominał tego mojego ulubionego.
- Cześć. - z drugiego kąta dobiegł mnie ochrypły, męski głos.
Odwróciłem głowę i zobaczyłem bruneta, który podobny wyglądem do mnie właśnie posyłał mi uśmiech.
Nie odezwałem się. Tylko podszedłem do okna wyglądając na zewnątrz. Już miałem w głowie kolejny plan ucieczki stąd.
- Jestem Jacob. - dokończył wstając z pozycji leżącej do pozycji siedzącej. - A tamten to Henry.
Odwróciłem się w ich stronę.
- Justin. - odpowiedziałem beznamiętnie, nie chcąc być też zbytnio niegrzeczny.
- Ecstazy, morfina, amfetamina, metaamfetamina, heroina, marichuana czy może coś innego? - zapytał.
- Heroina i trochę morfiny. - odpowiedziałem z powrotem siadając na dosyć twardym materacu.
Obojga oczy zrobiły się duże.
- Dziwne, że żyjesz. - wtrącił czarnowłosy Henry unosząc swoje brwi.
- Twardy zawodnik. - dodał brunet kiwając twierdząco głową i dodając do tego uśmiech. - Skąd jesteś?
- Nowy Jork. - odparłem nie mając zamiaru odpowiadać na resztę pytań zadanych przez natrętnych narkomanów, więc położyłem się na łóżku i wgapiłem w biały sufit, ignorując każde ich słowo, aż w końcu nie musiałem ich wysłuchiwać, tylko zrobili to samo co ja.

~ PRZECZYTAŁEŚ? ZOSTAW SWOJĄ OPINIĘ! ~


Rozdział 9 zakończony! Jak na razie Justin trochę posiedzi w ośrodku, ale mam nadzieję, że Was nie zanudzę. W zeszycie mam już nawet opisaną całą historię, co do rozdziału, co pomoże mi w szybszym pisaniu i nie będę się gubiła w wydarzeniach :)
Kolejny rozdział przewidywany na niedzielę!

Przy okazji dziękuję za aż 17 komentarzy! Kochani, przebijacie samych siebie! Myślałam, że na 15 zakończycie, a tu taka niespodzianka. Jesteście cudowni, dziękuję za każde miłe słowo, i również krytykę, którą przyjmuję do serca i staram się poprawiać błędy, które robię, aby zwiększyć Wasz komfort podczas czytania. Oczywiście zawsze jestem otwarta na jakiekolwiek zażalenia. Możecie o tym pisać w komentarzach, na GG lub priv.

DODATKOWO OBIECUJĘ, ŻE W WEEKEND PRZECZYTAM I SKOMENTUJĘ KAŻDY WASZ NOWY ROZDZIAŁ. PRZEPRASZAM, ŻE TERAZ NIE MOGĘ TEGO ZROBIĆ, ALE MAM AKURAT DOSYĆ SPORO NAUKI A NAPISANIE ROZDZIAŁU RÓWNIEŻ ZAJMUJE TROCHĘ CZASU, LECZ TRZYMAM WASZE WIADOMOŚCI W SKRZYNCE I NA PEWNO WPADNĘ DO WAS ZE SZCZERĄ OPINIĄ NA TEMAT WASZYCH OPOWIADAŃ


Miłego tygodnia! <3

~morfine
Tagi: drugs
30.10.2013 o godz. 13:32
Siedziałem wzruszony trzymając w rękach prezent od Amy. Oprócz tego dostałem jeszcze nowiutką strzykawkę i gram heroiny od wszystkich mieszkańców. Pomimo krzywd, które im wyrządziłem wcześniej, oni pokazali, że może im jednak na mnie zależy. Być może mój stosunek co do nich również zmieni tor?
Mimo wszystko jednak prezent od blondynki najbardziej mnie ucieszył. Być może nie był zbyt wyszukany, aczkolwiek sprawił mi więcej radości niż nie jeden bardzo drogi podarunek, do którego nie włożono nawet grama jakiegokolwiek uczucia.

Po Wigilii, Amy zostawiła nas nakazując przy okazji abyśmy posprzątali po kolacji. Fajnie, że chciała do nas przywrócić akcenty z dawnego normalnego życia. Typu sprzątanie, pranie, gotowanie, ale nie sądzę, że ktoś mógłby się do tego zabrać. Wszyscy tylko mruknęli potwierdzająco i blondynka opuściła nasze mieszkanie.
Moi współlokatorzy zajęli swoje miejsca. Ja na swoim materacu, Andrea pod blatem kuchennym, Simon skulił się z kocem przy ścianie, a Patricia i George zniknęli w swoim oddzielnym pokoju.
Na dobranoc władowałem sobie mniej niż ćwierć grama. Po tym złożyłem mój sweter w kostkę i położyłem go obok głowy, po czym długo zasypiałem cały czas mając w myśli dzisiejszy Wigilijny wieczór.

25 grudnia, Boże Narodzenie


Obudziłem się około południa. Blade światło przedzierające się przez podarte zasłony koloru zgniło zielonego, nadały pokojowi dosyć przyjemny odcień.
Przeciągnąłem się wyciągając swoje wszystkie kończyny, po czym podniosłem się do pozycji siedzącej i zajrzałem pod spód mojego materaca. Wyciągnąłem spod niego woreczek z białym proszkiem, który zaraz rozrobiłem na łyżeczce i wstrzyknąłem sobie do żyły. Błogostan natychmiastowo ogarnął moje już tak bardzo zniszczone ciało.
Nagle do moich uszu dobiegło otwieranie drzwi frontowych. Uśmiechnąłem się pod nosem czując odwiedziny kogoś, kogo ostatnio polubiłem.
W progu stanęła blondynka. Uśmiechnęła się w moją stronę, po czym spojrzała na stół, który mimo naszych obietnic nie został należycie posprzątany. Dziewczyna westchnęła i zakładając ręce na biodra roześmiała się.
- Mówiliście, że posprzątacie. - powiedziała spoglądając na mnie z lekko uniesionymi brwiami i lekko zrezygnowanym uśmiechem.
- Byliśmy zmęczeni, wybacz. - rzekłem wstając powoli ze swojego miejsca. - Zaraz to posprzątam. - posłałem Amy lekko zdegustowany uśmiech. Nie przepadałem za porządkami.
- Pomogę. - dodała ściągając swój zimowy płaszcz, który zarzuciła na krzesło, po czym podwinęła rękawy swojego czerwonego swetra i zaczęła zbierać brudne talerze z kasztanowego stołu.
Szybko uwinęliśmy się z brudem. Pokój był czysty, a Amy zadowolona.

Wszyscy siedzieliśmy przy stole wysłuchując opowieści Amy. Jak to jest w szkole, co się u niej dzieje. Wspominała o jedynce, którą dostała ostatnio z matematyki. Nie była nią zachwycona, lecz obiecała nam, że ją poprawi. Śmiesznie to wyglądało. Ja nigdy nie przejmowałem się oceną niedostateczną z jakiegokolwiek przedmiotu.
- Wierzymy, że ci się uda. - zapewniła Andrea kładąc swoją trupią rękę na przedramieniu Amy.
- Dziękuję wam. - odpowiedziała blondynka obejmując dłońmi kubek z ciepłą herbatą, po czym upiła łyk i wydała z siebie ciche westchnienie.
- Słuchajcie. - odchrząknąłem zmieniając temat. - Może byśmy razem spędzili sylwestra? - zaproponowałem unosząc lekko brwi.
Oczy wszystkich właśnie były skierowane na mnie. Wzrok promieniował zdziwieniem, w końcu nie byłem towarzyską osobą.
- No co? - rozłożyłem ręce przyglądając się wszystkim domownikom.
- Myślę, że to fantastyczny pomysł! - odparła z entuzjazmem Andrea.
Wszyscy potwierdzili jej słowa. Byliśmy umówieni. W mojej dyskotece, równo o dwudziestej.

31 grudnia, Sylwester


Siedziałem z chłopakami w barze. Tak, dokładnie w tym, w którym spotkałem moją matkę kilka miesięcy temu. Byłem nieco niespokojny. Miałem wrażenie, że znowu ją tu zobaczę.
- Justin. - George poklepał mnie w ramię budząc mnie z zamyśleń. - Źle się czujesz? - spytał wyczuwając mój niepokój.
- Wszystko w porządku. - zapewniłem biorąc głęboki wdech, po czym wsunąłem się w fotel i zapaliłem kolejnego papierosa.
Już się nie odezwał.
Nie mogłem się doczekać już tego sylwestrowego wieczoru, ale czas strasznie się dłużył. Siedzieliśmy w knajpie godzinę, a miałem wrażenie jakbyśmy przesiedzieli tutaj cały tydzień.
- Przepraszam. - zza lady machnęła do nas kelnerka, siedzieliśmy tutaj sami. - Zamykamy już bar. - powiedziała uśmiechając się.
Nie musiała dokańczać. Po prostu wstaliśmy z miejsca i opuściliśmy lokal. Jeszcze tylko spojrzałem na zegarek, osiemnasta. Zostało tylko dwie godziny - mówiłem sobie w myślach.

Wchodząc do środka budynku, z naprzeciwka mogliśmy dojrzeć otwarte drzwi, a w pokoju George'a i Patricii dziewczyny właśnie szykowały się do wyjścia. Wyglądało to dosyć śmiesznie jak każda pchała się do toaletki z kawałkiem patyka ze szczotką i tuszem na niej.
My natomiast przeszliśmy do drugiego pokoju. Ja usiadłem na materacu, władowałem sobie niewielką dawkę aby tej nocy nie odpaść i ułożyłem się swobodnie czekając.

Po półtorej godzinie trzy dziewczyny weszły do pomieszczenia. Miały na sobie piękne sukienki. Patricia czarną, Andrea niebieską a Amy koloru pudrowego różu. Wyglądały naprawdę cudownie. A ja byłem zadowolony, że w końcu wychodzimy.
Przed drzwiami, jak przystało na gentelman'ów, pomogliśmy założyć paniom płaszcze i opuściliśmy kamienice.
Po dwudziestu minutach znaleźliśmy się przed dyskoteką. Jak zwykle grupa zmarzniętych ludzi przed wejściem. My dostaliśmy się bez zbędnego czekania. Szybko oddaliśmy nasze kurtki do szatni i pognaliśmy do sali, skąd dochodziła głośna muzyka.
W środku bawiła się już pokaźna grupka osób. Wszyscy świetnie się bawili, skakali w rytm muzyki i krzyczeli głośno. Z daleka, na kanapie dojrzałem tego młodego dilera od morfiny. Uśmiechnął się do mnie cwaniacko, po czym zawołał mnie machnięciem ręki. Wyglądał gorzej niż wcześniej.
- Przepraszam was na chwilę. - powiedziałem do mojej paczki i podszedłem do małolata stając przed nim z założonymi rękami.
Obok niego siedziały czternastolatki oraz trzynastolatki, które upijały się drugim piwem. Typek zachowywał się tutaj jak jakiś milioner, który w otoczeniu swoich panienek (które tutaj miały nie więcej niż piętnaście lat), sprzedawał swój towar.
- Czego chcesz? - spytałem unosząc brwi.
- Usiądź, przyjacielu. - wskazał ręką, w której trzymał papierosa na kanapę przed nim.
Parsknąłem dalej stojąc. Widocznie był zdziwiony moją postawą. Być może myślał, że się jego przestraszyłem? Zabawne, doprawdy.
- Postoję. - odparłem patrząc na niego z góry. - Czego chcesz? - powtórzyłem pytanie powoli się denerwując.
- Chcesz może coś kupić? - uniósł brwi starając się mieć zachęcający wyraz twarzy. - Albo twoi koledzy? Widać, że już są nieco w to wkręceni.
- Mam jeszcze trochę twojego towaru. Rzadko go sobie ładuję, bo to nie jest mój typ. Osobiście wolę heroinę. - powiedziałem.
Jego oczy zrobiły się duże. Ludzie, którzy siedzieli obok niego popatrzyli na mnie nie wiedząc co powiedzieć. Myślałem, że zaraz złożą mi pokłon.
- Ty jeszcze żyjesz? - spytał brunet siedzący obok młodego dilera.
Wskazałem obiema rękami na siebie. Chyba nie pojawiłem się im tutaj jako duch.
- Młody, sprzedaj to komuś innemu i nie zawracaj mi dzisiaj głowy. - uśmiechnąłem się wymuszanym uśmiechem i odszedłem od zdziwionej grupki małolatów.

Bawiłem się przednio. Co chwilę wychodziłem to z Andreą, to z Patricią, Simonem czy Georgiem aby zaćpać. Jako jedyny dzisiaj chyba zbyt dużo już wziąłem na siebie. Za kilka munut miała być dwunasta. Wszyscy szybko wyszli na balkon, dach lub na zewnątrz dyskoteki, kiedy zaczęło się odliczanie. Banda zaćpanych i pijanych ludzi darła się na całe gardło, aż w powietrze wystrzeliły miliony fajerwerek, które rozświetliły pochmurne niebo. Większość par właśnie w tym momencie się całowała, inni się przytulali wiwatując nowy rok, a ja? Stałem oparty o barierkę balkonu. Ciężko mi się oddychało, lecz cieszył mnie widok tych wszystkich kolorów. I to szczęście, że jednak nowy rok nie rozpoczął się od pobytu w szpitalu. Pomimo tego, że ledwo trzymałem się na nogach, to jednak mój mózg odbierał podstawowe bodźce.
- Justin! - z drugiego końca dużego balkonu krzyknęła do mnie Andrea, po czym podbiegła do mnie. - Wszystkiego najlepszego w nowym roku. - uśmiechnęła się szeroko poklepując mnie przyjaźnie po ramieniu.
- Nawzajem. - powiedziałem na jednym, ciężkim wdechu.
- Co powiesz na pierwsze władowanie w tym roku? - zaproponowała zabawnie poruszając brwiami, co wymusiło mój chichot.
Nie byłem przekonany co do ćpania. I tak już prawie przesadziłem, ale jakaś minimalna dawka na pewno mi nie zaszkodzi, więc po krótkim zastanowieniu udałem się z nią do toalety. Tam weszliśmy do jednej kabiny. Ja usiadłem na sedesie i oparłem się o niego patrząc jak brunetka wyjmuje swoją porcję heroiny.
- Czekaj. - powstrzymałem ją kładąc moją dłoń na jej przedramieniu, po czym wyciągnąłem z kieszeni małą buteleczkę i potrząsnąłem zawartością.
- Co to jest? - zapytała przełykając ślinę, jednak wydawała się być zaciekawiona.
- Morfina. - odpowiedziałem unosząc swoje kąciki ust.
Szczerze mówiąc to w tej chwili miałem ochotę na właśnie ten narkotyk. Powoli zaczynała mnie boleć głowa, więc bardzo chciałem wstrzyknąć to sobie do żył.
- Justin... - Andrea widocznie nie była zadowolona moim pomysłem. - Nie za dużo? Wystarczy, że szprycujesz się samą heroiną. - pokręciła głową i przykładając sobie dłoń do czoła cicho westchnęła.
- Za nowy rok. - powiedziałem dalej zachęcając ją do spróbowania. - Tylko ten jedyny raz. - zapewniłem z uśmiechem.
- Za nowy rok. - dziewczyna uśmiechnęła się blado i sięgnęła po swoją strzykawkę i trochę napełniła ją płynem.
Ja zrobiłem to samo. Po chwili oboje w tym samym czasie wbiliśmy w swoje trupie ciała igły, i w tym samym czasie wlewaliśmy w swoje żyły morfinę.
Po odczekaniu chwili, co każdy z nas zazwyczaj robił po owej czynności, w głowie zaczęło mi wirować. Zamiast się polepszać, pogarszało się. Nagle pod plecami poczułem coś zimnego, jakby kafelki. Chyba właśnie upadłem. W głowie stłumione krzyki. Obraz stał się rozmazany, powoli odpływałem. Chciałem wrócić, lecz pomimo moich starań dalej coś mnie ciągnęło w otchłań. Bałem się, że umieram. Pierwszy raz w życiu. Ale po trzech sekundach zapadła całkowita ciemność.

~ PRZECZYTAŁEŚ? ZOSTAW SWOJĄ OPINIĘ! ~


Witam po bardzo długiej przerwie :)
Cóż... przez chwilę czułam, że zawiodłam. Miałam dodać wcześniej rozdział, lecz kłopoty z komputerem niestety na to nie pozwoliły. Przepraszam, że musieliście tyle czekać. Teraz, kiedy już sprzęt jest naprawiony to będę dodawała rozdziały tak szybko, na ile czas mi pozwoli. Lecz najpóźniejsza premiera będzie wypadała w niedzielę.

I jeszcze raz dziękuję za 15 komentarzy pod poprzednią notką. W życiu nie spodziewałabym się, że kiedykolwiek zostanę tak wynagrodzona! Jesteście wspaniali!

Trzymajcie się ciepło i do następnej notki! :)
Tagi: drugs
25.10.2013 o godz. 22:42
UWAGA!


Moi kochani, cudowni, wspaniali i świetni czytelnicy! Mam dla Was smutną (może dla niektórych wesołą) wiadomość.
Przez najbliższy czas nie będę w stanie nic napisać. Powód? Zepsuty komputer.
Jak na razie korzystam z laptopa przyjaciółki i dlatego piszę Wam tą wiadomość. Lecz OBIECUJĘ, że kiedy znów będę mogła zasiąść spokojnie przed komputerem, to zabiąrę się do pisania. Wynagrodzę Wam to długim rozdziałem, i bardzo przepraszam, że musicie tyle czekać.

Przy okazji chciałam podziękować za 15 komentarzy. Nie przypuszczałabym, że zostanę tak wynagrodzona za moją pracę. Jesteście tak strasznie kochani! Wiem, że nie piszę na marne. Dziękuję Wam jeszcze raz!

Kocham Was, trzymajcie się ciepło <3

~morfine
Tagi: drugs
30.09.2013 o godz. 17:40
22 grudnia


Współlokatorzy z zachwytem przyjęli propozycję Amy. Widocznie brakowało im tego ducha świąt, do którego ja żywiłem szczery wstręt.
Jak zwykle, w swoim koncie. W żyłach płynąca heroina i ja. Niczym nie martwiący się narkoman, mający całe świętowanie głęboko w dupie. Przyglądałem się tylko gasnącym płomieniom w kominku, które zanikały za grubym kawałkiem drewna.
Byłem sam w kamienicy. Dawno nie czułem takiego stanu w jakim się teraz znajdowałem. Zimno i ciepło, które walczyło ze sobą w pomieszczeniu pozwalało mi bardziej cieszyć się spokojem.
Nagle do moich uszu dobiegł hałas otwieranych ciężkich drzwi, a po chwili wesołe rozmowy wypełniły mieszkanie.
Błogostan, którym tak się dotychczas cieszyłem po prostu znikł. Lekki uśmiech przekształcił się w zimny wyraz twarzy, który miałem zamiar podarować każdemu, jako świąteczny prezent.
Raptem do pokoju wbiegła Andrea trzymając w swoich chudych rękach kartonowe pudełko, które postawiła obok starego kominka. Za nią do pokoju weszła Patricia z Amy, które w rękach również przenosiły pudła.
Wszystkie trzy spojrzały się na mnie. Amy posłała przy okazji ciepły uśmiech. Bez odwzajemnienia.
W pewnym sensie zaczynałem nienawidzić wszystkich, z którymi dzieliłem się dachem. Czasami też chciałem ich po prostu pozbawić życia. Byłem już totalnie pozbawiony tych przyjemnych uczuć. Teraz kierowałem się tylko nienawiścią, którą żywiłem do wszystkich na tej zasranej planecie.
Ostatecznie do pokoju dotarł George i Simon. Oboje trzymali w rękach wielką choinkę, z której opadał prosto na podłogę zimny, mokry i biały śnieg.
Ten najważniejszy symbol Bożego Narodzenia postawili w bezpiecznej odległości od kominka, po czym otrzepali z resztek pokrywy śnieżnej, która spadając na stare, kasztanowe panele zmieniała się w stan wodny, tworząc na podłodze dosyć duże kałuże.
- Chcesz nam pomóc w przystrajaniu drzewka? - zapytała zachęcająco Andrea, po czym rzuciła we mnie czerwonym, połyskującym łańcuchem, który wylądował na mojej głowie.
Natychmiast go z siebie zruciłem i cisnąłem na podłogę obok mojego materaca. Nie miałem też zamiaru dogryzać tej niedojrzałej dziewczynie, która nawet nie wie co to znaczy ćpanie. Po prostu posłałem jej pełne chłodu spojrzenie.
Jej uśmiech natychmiastowo zniknął, a Amy pociągając ją za rękę celowo odwróciła jej uwagę ode mnie i wręczyła jej jedną ze szklanych bombek, którą brunetka jako pierwsza zawiesiła na iglastej gałązce.
Wszyscy wyglądali na zadowolonych. Nawet George z Patricią okazywali sobie więcej uczuć niż zwykle. Stali przy oknie i co chwilę jedno muskało drugie swoimi spierzchniętymi ustami. Według mnie wyglądało to wręcz odpychająco. Nie miałem zamiaru na to patrzeć, więc odwróciłem wzrok.

Po kilku kwadransach choinka była gotowa. Przeważały na niej kolory czerwone i srebrne, a na czubku widniała wielka srebrna gwiazda, do której były przyczepione tak zwane anielskie włosy. Cieniutkie paseczki wystające spod głównej ozdoby choinki idealnie opadały na igły drzewka lśniąc srebrzystym blaskiem, który tak bardzo cieszył oko.
Naokoło można było też zauważyć różnokolorowe lampki, które rozświetlały ciemniejsze kąty wnętrza.
- Jest świetna. - powiedziała Patricia podchodząc bliżej iglastej rośliny, po czym przejechała chudymi palcami po gałązce.
Wszyscy potwierdzili jej słowa pomrukiwaniami, oprócz mnie. Dalej siedziałem na swoim miejscu obojętny na to całe zjawisko, chociaż ten świecąco-iglasty motyw w naszym lokum naprawdę wydawał się mieć coś w sobie pięknego.

23 grudnia


Wszyscy są bardzo przejęci wspólną uroczystością. Ja cały dzień jak zwykle przesiedziałem na swoim kawałku materaca, który stał się teraz dla mnie najlepszym przyjacielem. Od przedwczoraj w moich żyłach nie ma krwi. Płynie w nich teraz czysta heroina, którą nieustannie wstrzykuję w moje kanały po kilka razy dziennie.
Lokatorzy się martwią. Szepcą, że nie dotrzymam do następnego roku, że zejdę z tego świata jeszcze przed sylwestrem. Chciałbym. Naprawdę chciałbym.
Ile bym teraz oddał aby anioł śmierci zszedł na ziemię i zabrał mnie do innego świata.
Każdy też się już zorientował, że nie mam zamiaru z nikim rozmawiać. Już nawet Amy nie przywita się ze mną kiedy przyjdzie do nas w odwiedziny. Chyba zdała sobie z tego sprawę, że nie każdy narkoman jest taki sam.

- Daj mi tę ćwiartkę! - warknąłem w stronę bruneta, lecz zaraz zmieniłem mój ton głosu. - Prezent na gwiazdkę. - dodałem.
Moje przepełnione chłodem oczy dokładnie obserwowały szare tęczówki George'a. Zbliżał się do mnie najgorszy okres w życiu narkomana - głód, a nie miałem w zanadrzu żadnych prochów.
- To dla twojego dobra. - odpowiedział chowając za siebie mały woreczek z narkotykiem. - Stary, jak nie przestaniesz to niedługo kopniesz w kalendarz.
- Przynajmniej w końcu się od was uwolnię! - wrzasnąłem i naparłem na mężczyznę moim przedramieniem, które umieściłem na jego gardle, po czym przycisnąłem do starej szafy. - Oddawaj tą ćwiartkę. - tym razem przybrałem najbardziej rozgniewany ton głosu.
- Uspokój się. - mężczyzna odepchnął mnie od siebie tak, że zaraz znalazłem się na przeciwnej ścianie.
Miałem zamiar teraz go uderzyć, ale właśnie do akcji wkroczyła Patricia, która stojąc między nami obserwowała nas dokładnie, i czekała na wyjaśnienia. Żaden z nas nie chciał nic wyjaśniać.
Po niedługiej chwili pierwszy wycofałem się z korytarza i przemieściłem w kierunku mojego materaca, na który rzuciłem się i podkulając nogi pod klatkę piersiową zacząłem drżeć. Całe ciało powoli opanowywał głód.
Po kwadransie z mojego ciała zaczął wydobywać się ten cuchnący, zimny pot. Było mi strasznie zimno, wszystko mnie bolało. Obok mnie obojętnie przechodzili mieszkańcy, nikt nie miał zamiaru mi pomóc. Musiałem więc sam się o to postarać.
Kiedy obok mnie ujrzałem Andreę, podrzuciłem jej pod stopy moją strzykawkę. Ona zatrzymała się i spojrzała na mnie nic nie wyrażającym wzrokiem. Później rozejrzała się dookoła a obok mnie wylądował mały woreczek z proszkiem w środku. Nie podziękowałem jej. Niby za co?
Dziewczyna odeszła beznamiętnie i dalej zajęła się przygotowaniami do Bożego Narodzenia.
Ja natomiast wolno sięgnąłem po moją strzykawkę. Nie umiałem się jakoś zabrać do tego wszystkiego przez ten okropny ból, gdy trucizna właśnie opuszcza ciało, lecz po parunastu minutach udało mi się w końcu trafić w jedną z wolniejszych żył. Oparłem się z ulgą na ścianie, po czym wziąłem kilka głębokich wdechów. Musiałem skądś ogarnąć herę. Na szczęście w tym mieście było wystarczająco dużo młodych ćpunów, którzy byli bardzo charytatywni dla starszych. Chcieli im się przypodobać, ponieważ im imponowaliśmy. Śmieszne. Jak wpadną w to gówno to już nie będzie im tak zabawnie.
Musiałem obmyślić plan. Znaleźć młodego ćpuna, poprosić o heroinę, zaproponować mu jakiś układ, z którego i tak się nie wywiążę.
Justin, ty podstępny, stary narkomanie - powiedziałem do siebie w myślach i wstałem ze swojego miejsca. Zachwiałem się, lecz momentalnie złapałem równowagę. Kiedy już stałem prosto ruszyłem w stronę wyjścia. Nikt mnie nie zatrzymywał.

Po jakimś czasie dotarłem przed jedną z dyskotek, gdzie kiedyś sam chodziłem się bawić. Tutaj właśnie zacząłem ćpać. Spojrzałem na wielki, świecący szyld koloru różowo-fioletowego. Ze środka wydobywała się głośna muzyka typu techno, dubstep i różne mieszanki.
Podszedłem bliżej. Przy wejściu stała niedługa kolejka nastolatków, którzy strasznie trzęśli się z powodu niskiej temperatury panującej na dworze. Próbowali jakoś przekonać ochroniarza, żeby ich wpuścił do środka, bezskutecznie.
Ja tymczasem miałem dzisiaj szczęście, ponieważ znałem tego muskularnego gościa w czarnym ubraniu. Był to dwudziestoośmioletni Joshua. Bez namysłu ruszyłem w jego stronę, i stanąłem przed zamarzającymi gówniarzami, po czym posłałem olbrzymowi uśmiech.
- Justin? - mężczyzna otworzył szeroko oczy, po czym obleciał mnie wzrokiem.
Kiwnąłem twierdząco głową. Wiedziałem co sobie pomyślał. Te wory pod oczami, ta skóra, ten wygląd, ten stan. Po prostu wyglądałem inaczej. Jak żywy trup.
- Co ty ze sobą zrobiłeś? - spytał.
Wiedział dokładnie co robiłem przez ten długi czas. Sam czasami brał się za narkotyki, lecz on tylko palił haszysz. Okazyjnie.
- To co widać. - zaśmiałem się śmiechem palacza, po czym kaszlnąłem. - Wpuścisz mnie? - uśmiechnąłem się pocierając rękoma.
- Uważaj na siebie, Bieber. - upomniał mnie, po czym odsunął się dając mi dostęp do środka.
Podziękowałem mu tylko i ruszyłem w stronę szatni. Miałem nadzieję, że spotkam tam Katherine, lecz widocznie zmienili szatniarza na starszego mężczyznę. Oddałem mu kurtkę i ruszyłem w stronę sali, skąd dochodziła głośna muzyka.



Snułem po sali przyglądając się tańczącym ludziom. Większość ruszając się w rytmie muzyki wykonywali podobne ruchy. Dziewczyny ocierające się o chłopaków, szczególnie tych z pieniędzmi przy boku.
Druga połowa siedziała przy barze upijając się wysokoprocentowymi napojami. Ja usiadłem sobie przy jednym ze stolików. Wyciągnąłem z paczki jednego papierosa, podpaliłem go i zaciągnąłem się rozkładając przy tym ręce na oparciu czerwonej kanapy, kiedy podszedł do mnie jeden typek. Z twarzy wyglądał na piętnaście, szesnaście lat.
- Chcesz towar? - zapytał szczerząc zęby w zachęcającym uśmiechu.
- Co masz? - zapytałem zaciągając się papierosem, po czym obdarowałem młodego dilera kpiącym spojrzeniem.
Wiedział, że nie należę do tych początkujących. Każdy tutaj to wiedział. W pewnym sensie czuli do mnie tutaj respekt.
- Morfina. - po raz kolejny wyszczerzył te swoje krzywe zęby, a pod moją rękę podsunął mały pojemniczek. - Sto dolców. - dodał.
Zakrztusiłem się dymem.
- Co? - popatrzyłem na niego, po czym zacząłem się śmiać. - Jeśli chcesz tu kogoś wrobić, to nie mnie. - pokręciłem głową i odsunąłem malutką buteleczkę z nowym mi narkotykiem w jego stronę.
- Dwadzieścia? - spytał już bez swojego głupiego uśmiechu.
- Najpierw muszę przetestować towar. - powiedziałem przysuwając z powrotem do siebie narkotyk.
Czułem, że się zgodzi. Doświadczony diler nie pozwoliłby na spróbowanie jakiegokolwiek towaru. Albo kupujesz, albo spieprzasz. On nie miał o tym bladego pojęcia.
- Spoko. - powiedział kiwając szybko swoją małą, pustą główką. - Chcesz strzykawkę? - ze swojej kieszeni wyciągnął świeżutki sprzęt, jeszcze nierozpakowany. Przy okazji robiąc kolejny błąd.
Moje oczy rozbłysły. Szybko wyrwałem mu opakowanie i poczochrałem jego włosy kierując się w stronę łazienek.
Gdy już znalazłem się w męskiej toalecie, wszedłem do jednej z kabin. Tam usiadłem na sedesie i wyjąłem z kieszeni bluzy morfinę. Nie byłem przekonany czy chcę jej spróbować. Byłem uzależniony od jednego narkotyku, po co szprycować się drugim. Chociaż powoli zbliżał się do mnie głód. Nie miałem przy sobie prochów, ani niczego innego. Musiałem sobie władować to, co miałem. Wyciągnąłem więc strzykawkę, nałożyłem na nią igłę i wciągnąłem morfinę, która była już w płynie.
Przez dłuższy czas szukałem nie zatamowanej żyły. Wszystkie praktycznie były już zapchane, więc musiałem się wkłuwać gdzieś pod nie, co stanowiło dla mnie trudność, ale po jakimś czasie udało mi się władować. Czułem się inaczej, chociaż było mi dobrze. Moje kości przestały mnie boleć, stawałem się taki lekki. Jakby niezniszczalny.
Wiedziałem, że morfinę wykorzystuje się w szpitalach jako lek przeciwbólowy, ale ja chyba wziąłem większą tego dawkę. Wstałem z sedesu i opuściłem kabinę. Dołączyłem do innych ludzi na sali i zacząłem się bawić wspólnie z nimi. Czułem się jakbyśmy byli jednym organizmem. Wszyscy w tym samym momencie podrygiwali. Kolorowe światła tylko oświetlały nasze zapocone twarze, lecz cały czas energiczne wyrazy twarzy. Bawiłem się z nimi. Piłem z nimi. Ćpałem z nimi. Z początkującymi ćpunami robiło się to o wiele lepiej niż ze starymi. Z nimi czułem się inaczej. Jakbym zaczynał od początku z narkotykami. Niesamowite uczucie. Parę razy jeszcze władowałem sobie morfinę, dzięki której czułem się tak swobodnie. Paliłem haszysz, wciągałem kokainę. Tylko naokoło ludzie dziwili się czemu jeszcze nie odleciałem. Lata ćpania to mocna głowa.
Całą imprezę spędziłem na poznawaniu nowych ludzi, tańczeniu z nimi.
Niestety cała zabawa skończyła się o czwartej nad ranem. W pół pijany, w pół naćpany wróciłem do kamienicy z pomocą nowych kolegów. Wielkie dzięki im za to!

24 grudnia, Wigilia


Obudziłem się z lekkim bólem głowy, ale nie przeszkadzał mi tak, żebym nie mógł wykonywać jakiejś rzeczy. Podniosłem się do pozycji siedzącej, kiedy poczułem, że moje kieszenie bluzy są ciężkie. Ściągnąłem brwi i usiadłem wygodnie, po czym włożyłem ręce do obu kieszeni. Moje zdziwienie nie miało granic, kiedy zorientowałem się, że są wypełnione buteleczkami z morfiną. Byłem przekonany, że towaru starczy mi do sylwestra.
Zaraz szybko władowałem sobie pierwszą działkę. Wtedy ból głowy momentalnie minął, a ja znowu czułem ten stan lekkości, po czym schowałem resztę pod materac.
Zaraz później rozejrzałem się po pokoju. Było dosyć późno. Na dworze było już ciemno, a ohydny kasztanowy stół został pokryty nie najlepszej jakości obrusem i starą zastawą ze starego kredensu George'a. W sumie wszystko w tym domu było antyczne, nawet domownicy. Wraki ciał.
Nagle do pokoju weszła Amy. Trzymała w obu rękach wielkie reklamówki. Simon od razu pomógł gościowi przenieść oba pakunki na blat kuchenny.
Na początku blondynka wyjęła starannie zapakowane pakunki, które podłożyła pod choinkę, gdzie leżało już kilka małych prezentów. Natomiast z drugiej siatki wyjęła owinięte półmiski, które postawiła na stole. Były tylko trzy dania, ale Amy wiedziała, że my i tak tego wszystkiego nie zjemy, bo to zwrócimy. Czy tego będziemy chcieli czy nie.
- To chyba czas na życzenia. - zaśmiała się zapraszając wszystkich do siebie, po czym każdemu wręczyła biały opłatek.

Wszyscy od razu zaczęli się nim dzielić. George z Patricią, Simon z Andreą, a Amy stała stała sama, po czym skierowała swoje ciemne oczy wprost na mnie. Nie uśmiechała się tak jak zwykle, lecz po prostu podeszła do mnie. Uklęknęła przed materacem i wyciągnęła w moją stronę rękę z opłatkiem.
- Justin, wiem, że za mną nie przepadasz. - westchnęła spuszczając wzrok, lecz zaraz potem go podniosła. - Ale z całego serca chciałabym ci życzyć wszystkiego najlepszego, spełnienia marzeń, abyś w końcu zostawił narkotyki, bo wiem, że tego w głębi duszy chcesz. Przede wszystkim dużo zdrowia, miłości, uśmiechu. - rzekła unosząc swoje kąciki ust. - Ułam teraz. - kiwnęła głową na opłatek, który trzymała w dłoni.
Patrzyłem na nią nie wiedząc czemu to robi. Nigdy nie byłem dla niej za przyjemny, a ona szczerze składa mi życzenia. Najlepsze jakie kiedykolwiek w życiu słyszałem. Poczułem się teraz tak specjalnie.
Ułamałem więc kawałek opłatka i odezwałem się:
- Wszystkiego najlepszego.
Chyba włożyłem w to wystarczająco dużo szczerości, bo na twarzy blondynki wystąpił uśmiech. Odwzajemniłem go. Później tylko usłyszałem od reszty domowników krótkie życzenia: "Wszystkiego najlepszego", "Powodzenia w rzucaniu", "Zdrowia" i tym podobne. Mimo krótszej wypowiedzi od Amy, wiedziałem, że mówią szczerze. Czy moje serce właśnie miękło?
- Zapraszam do stołu. - powiedziała blondynka, kiedy już wszyscy podzielili się opłatkiem. - Ty Justin też. - poklepała miejsce obok siebie.
Wszyscy spojrzeli na mnie oczekując mojej reakcji.
Nie wiedziałem jak się zachować, lecz po chwili wstałem i skierowałem się do wyznaczonego mi krzesła, po czym na nim usiadłem, a wszyscy posłali mi ciepłe uśmiechy. Nie byli podobni do narkomanów, zachowywali się jak normalni ludzie.

Po zjedzeniu potraw, które przyniosła ze sobą Amy przyszedł czas na prezenty.
Blondynka dostała od nas ten zaszczyt rozdawania pakunków, ponieważ była z nas najmłodsza. Nie zaprzeczała. Uśmiechnięta podeszła do choinki, przykucnęła i sięgnęła ręką po pakunki, które trochę wysunęła spod drzewka.
- Andrea. - powiedziała podnosząc do góry małą paczuszkę.
Brunetka od razu zaczęła rozrywać cieniutki papierek. W środku znajdowały się dwie strzykawki. Strasznie się ucieszyła, po czym rzuciła się na szyję Simona. Wiedziała, że to od niego.
- Żebyś już nie musiała podbierać sprzętu Justinowi. - zaśmiał się przytulając czule dziewczynę do siebie.
Mimo woli zacząłem się śmiać, Andrea również.
Dziwnie się teraz czułem, kiedy jeszcze niedawno uderzyłem ją w policzek. A może ona po prostu mi wybaczyła?
- Justin. - powiedziała wyciągając spod choinki nieco większą niespodziankę.
Uniosłem brwi w zdziwieniu. Podarunek dla mnie? Rozejrzałem się po mieszkańcach. Nie ukazywali żadnych uczuć, które towarzyszyły mi teraz. Mimo to ruszyłem w stronę Amy. Ona położyła mi na rękach paczkę i powiedziała cicho, lecz słyszalnie:
- Ode mnie. - na jej policzkach wystąpiły rumieńce, a na twarzy pojawił się lekko zdenerwowany uśmiech. - Otwórz. - dodała splatając swoje palce.
Rozerwałem lekko kolory papier, a moim oczom ukazała się tkanina. Złapałem za zawartość i pociągnąłem wyciągając z cienkiego opakowania. Był to sweter. Przyglądałem się mu jak zaczarowany. Tak dawno nikt nie dał mi takiego wspaniałego podarunku, prosto z serca.
W środku coś mi pękło. Byłem wzruszony. Uśmiechnąłem się szeroko, po czym niepewnie lecz szybko przytuliłem dziewczynę.
- Dziękuję. - powiedziałem czując na plecach jak jej ręce oplatają mnie i odwzajemniają uścisk.
Po sekundzie oderwałem się od niej i odszedłem siadając na wolnym krześle. To, co teraz czułem nie równało się z niczym innym. Miałem wrażenie jakby ten sweter był szyty nićmi miłości, promieniował nią. Pomyśleć, że tak jej nie doceniałem. Justin, ty głupi, stary narkomanie.

~ PRZECZYTAŁEŚ? ZOSTAW SWOJĄ OPINIĘ! ~


Rozdział dodany przedpremierowo! :D (wynagrodzenie za spóźnienie z dodaniem rozdziału).
Akurat teraz miałam strasznie dużo czasu na pisanie i komentowanie Waszych wspaniałych opowiadań, ponieważ złapała mnie choroba.
Mam nadzieję, że ten długi rozdział przypadł Wam do gustu i obdarzycie mnie wspaniałymi komentarzami, chociaż ostatnio chyba coś spieprzyłam w opowiadaniu, bo coraz mniej widzę tych ciepłych słów od Was, ale postaram się to wszystko nadrobić! :)
Piszcie do mnie kochani! :D

Całuję gorąco :*
Tagi: drugs
21.09.2013 o godz. 09:29


20 grudnia


Włożyłem zimne ręce do kieszeni kurtki i dalej brnąłem pośród zasp śniegu do kamienicy. Zanurzyłem brodę i usta w kołnierzu ciepłego okrycia i pociągnąłem lekko nosem. Chłód mi nie przeszkadzał. Mój organizm był już i tak za bardzo zniszczony.
W końcu dotarłem. Stanąłem przed wejściem, po czym nacisnąłem na klamkę i znalazłem się w środku ciepłego pomieszczenia.
Zdjąłem z siebie kurtkę i powiesiłem ją na wieszaku przy drzwiach.
Z mojego pokoju dobiegały radosne chichoty. Dużo się zmieniło od czasu kiedy poznaliśmy Amy. Ludzie z paczki ją polubili, ona im pomaga. Tylko ja nie utrzymuję z nią kontaktów. Trzymam się od niej z daleka, tak samo jak od innych członków grupy. Powoli oddalam się od nich. Więcej ćpam, coraz bardziej chudnę. Wyglądam teraz gorzej niż Patricia.
Przechodząc przez korytarz zajrzałem do pokoju. Amy siedziała przy starym, kamiennym kominku i razem z Patricią plotła bransoletki z kolorowej nitki. Andrea siedziała niedaleko nich i jadła pudding, natomiast Simon leżał na swoim kocu i wpatrywał się w płomienie paleniska.
Zrobiłem pierwszy krok w stronę materaca. Podłoga zaskrzypiała pod moim ciężarem, a wszystkie oczy zwróciły się na mnie.
- Cześć Justin. Fajnie, że jesteś. - zwróciła się do mnie blondynka z promiennym uśmiechem.
Spojrzałem na nią pogardliwym wzrokiem i przeszedłem do mojego kąta gdzie zaraz wygodnie usiadłem i wygodnie się ułożyłem.
Wyciągnąłem z miski moją strzykawkę, a z kieszeni bluzy ćwierć grama heroiny. Wysypałem zawartość na łyżeczkę i powąchałem. Uśmiechnąłem się pod nosem, po czym przygotowałem narkotyk i władowałem sobie prosto w kanał. Błogi stan natychmiast mnie ogarnął. Przepłukałem tylko strzykawkę i położyłem się na plecach wpatrując się w sufit, który wydawał mi się teraz tak bardzo wspaniały i interesujący.

Po około czterdziestu minutach wszyscy poszli spać. Dziwne, bo dopiero była dwudziesta, a o tej porze właśnie zaczynali tętnić życiem.
Amy siedziała przy stole z założonymi rękami. Nie odzywaliśmy się do siebie, dobrze mi z tym było.
Z drugiej strony jednak wolałbym żeby już poszła, ale na moje nieszczęście zabrała głos:
- Justin, czemu mnie nie akceptujesz? - zapytała spoglądając na mnie.
Nie odpowiedziałem jej. Wstałem z materaca i podszedłem do okna wyglądając na zewnątrz. Niebo się rozchmurzyło, a ciemność rozświetlił księżyc i gwiazdy. Byłem ciekawy jak tam jest.
- Widzisz? - obok mnie przystanęła blondynka i oparła się łokciami o grafitowy parapet. - Tam jest duży wóz. - wskazała palcem na konstelację gwiazd i uśmiechnęła się. - Jest też nazywana wielką niedźwiedzicą. - Spójrz na prawo. - powiedziała wskazując palcem na inne gwiazdy. - To jest ryś. - przejechała palcem po szybie robiąc lekką smugę, która mniej więcej połączyła te kilka świecących kropek.
- Skąd ty to wiesz? - zapytałem coraz bardziej napełniając się ciekawością na temat przestrzeni kosmicznej.
- Często odwiedzam planetarium. Tam pan Lose opowiada mi o kosmosie i tych wszystkich wspaniałych rzeczach.
- Co cię najbardziej interesuje w astronomii? - zapytałem odwracając się od okna i opierając się plecami o parapet skrzyżowałem ręce.
- Cóż... - zaczęła powoli zastanawiając się. - Wszystko. Każda najmniejsza cząsteczka mnie zachwyca. - spojrzała z powrotem w okno.
Na jej twarzy był teraz wymalowany mały uśmiech a oczy rozświetliły słońca, potocznie nazywane gwiazdami. Światło księżyca idealnie padało na jej blond fale, które otulały jej bladą twarzyczkę z rumianymi policzkami i lekko zaczerwienionym nosem.
Blondynka wciągnęła ręce w rękawy i poprawiła się na łokciach, po czym westchnęła spoglądając w dół.
Milczałem. Nie chciałem popsuć tej ciszy swoim głosem. Wsłuchiwałem się w lekki szum wiatru, odgłos palącego się drewna w kominku, oddechu Amy, bicia mojego serca, odgłosów dochodzących zza cienkiego okna, które przepuszczało zimno do naszego mieszkania.
- Chciałabym ci coś pokazać. - odezwała się kierując swoje oczy na mnie, po czym złapała mnie za rękaw mojej czarnej bluzy i pociągnęła w stronę korytarza.
Nie byłem pewny czy chcę z nią gdzieś iść. Nie przepadałem za nią i jej nie ufałem.
Amy wcisnęła mi do rąk moją kurtkę. Mimowolnie zarzuciłem ją na siebie i nie zasuwając suwaka wyszedłem na zewnątrz. Szliśmy w ciszy. Dziewczyna tylko co chwilę posyłała mi uśmiech, co już mnie nudziło i dokuczało. Droga się dłużyła, a ja ciągle nie wiedziałem gdzie zmierzam, lecz też nie chciałem zaczynać rozmowy.
W końcu stanęliśmy pod wielkim budynkiem. Amy uśmiechnęła się szeroko, po czym schowała twarz w kołnierzu swojego musztardowego płaszcza.
Spojrzałem w górę a moim oczom ukazał się ogromny napis "Planetarium". Wstrzymałem na chwilę oddech, po czym przeniosłem wzrok na Amy. Ona natomiast złapała mnie pod ramię i pociągnęła do wejścia. Od razu przywitała się z jakimś młodym chłopakiem, który czule ją przytulił. Mnie natomiast zmierzył wzrokiem. Fakt, musiałem wyglądać już tragicznie po tak długim czasie ćpania, ale jednak nie zwróciłem na niego zbytniej uwagi.
- Spójrz. - wskazała ręką na pomieszczenie, które ogradzały szklane drzwi.
W środku stał ogromny teleskop. Moje oczy rozbłysły. Od tak dawna nie czułem takiego podekscytowania, jedynie przy narkotykach.
Stanąłem tak blisko szyby, że oddech zaczął odwzorowywać się na szklanej powierzchni w postaci pary. Pierwszy raz miałem okazję zobaczyć coś takiego.
- Chodź. - dziewczyna pchnęła szklane drzwi, po czym znalazła się w środku.
Wszedłem szybko za nią. Rozejrzałem się dookoła. Wszystko było białe, tak jak świat na zewnątrz. Zafascynowany podszedłem do sprzętu i obejrzałem go dokładnie. Chciałem go dotknąć, zobaczyć wszechświat lecz lękałem się go nawet ruszyć. Matka zawsze mi wmawiała, że wszystko psuję, jestem bezużyteczny, nie umiem nic. Więc zrezygnowałem, odsunąłem się od białego teleskopu i westchnąłem ciężko przywołując do siebie dawne chwile. Nie chcąc o tym pamiętać zapełniłem swoje myśli ludźmi, którym się przyglądałem. Byli w eleganckich strojach i budzili podziw, na pewno. Lecz nie we mnie. Nie łatwo mi jest zaimponować.

W planetarium dowiedziałem się dużo rzeczy, że przegapiłem kometę ISON, która była w listopadzie, że astronomowie odkryli planety, które okrążają swoją macierzystą gwiazdę w ciągu kilku godzin i wiele innych ciekawych informacji, które zakodowałem sobie w mojej narkomańskiej główce.
- Justin. - przed samym wejściem do kamienicy brunetka przytrzymała mnie swoją ręką. - Za cztery dni jest ważne święto dla całego świata. - powiedziała oblizując swoje lekko spierzchnięte zimnem wargi, po czym zaplotła swoje palce, które otulał ciepły materiał rękawiczki. - Może zrobilibyśmy razem Wigilię? - spytała patrząc na mnie pełnymi nadziei ciemnymi oczami.
- Nie masz rodziny? - uniosłem brwi śmiejąc się kąśliwo. - Lepiej spędź z nimi to ważne święto. Mnie nie kręcą takie rzeczy. - odpowiedziałem stając na pierwszym schodku prowadzącym do drzwi kamienicy.
- Czekaj. - blondynka złapała mnie za rękaw kurtki. - Z rodziną spędzę pierwsze godziny Wigilii, później dołączę do was. - powiedziała unosząc zachęcająco brwi. - Nie chcesz poczuć tej atmosfery?
- Miłość, wzajemny szacunek, przyjaźń i te uśmiechy przyprawiają mnie o mdłości. - odparłem.
- Zgódź się. - dziewczyna potrząsała moją ręką uśmiechając się.
Wyrwałem rękę z jej uścisku i spuściłem głowę zastanawiając się.
- Spytaj się George'a. Ja tu nie dowodzę, ale jak cała reszta się zgodzi, to nie licz na to, że ja wezmę udział w tym całym przedsięwzięciu. - rzekłem i zostawiłem Amy na mrozie sam wchodząc do ciepłej kamienicy.

~ PRZECZYTAŁEŚ? ZOSTAW SWOJĄ OPINIĘ! ~


Przepraszam, że nie dodałam rozdziału w niedzielę, ale uczestniczyłam w kweście ulicznej, która pomogła mi zdobyć piątkę! Później niestety wróciłam strasznie zmarnowana do domu i stać mnie było tylko na pójście spać. Dzisiaj na szczęście znalazłam czas aby dokończyć tą część historii.
+ do tego dochodzi strasznie dużo nauki, z którą sobie muszę dać radę, a nawet na wyjścia ze znajomymi brakuje mi czasu.
Mam nadzieję, że zrozumiecie moje stanowisko i nie opuścicie mnie! :)
Mam również nadzieję, że rok szkolny dobrze się dla Was zaczął i nie chorujecie. A nawet jeśli to życzę DUUUŻOO zdrowia! :)

I PRZEPRASZAM WSZYSTKICH, KTÓRZY WYSYŁALI DO MNIE WIADOMOŚCI Z ZAPROSZENIEM DO PRZECZYTANIA ICH ROZDZIAŁÓW, ALE W TEJ CHWILI NIE MAM CZASU, LECZ OBIECUJĘ, ŻE PRZY KAŻDEJ WOLNEJ CHWILI PRZECZYTAM I ZOSTAWIĘ PO SOBIE DŁUGI KOMENTARZ!!!
Tagi: drugs
17.09.2013 o godz. 17:03
4 listopada


Przebudziłem się, lecz nadal miałem zamknięte oczy. Czułem lekkie szturchanie materaca a na plecach ciepły oddech.
Momentalnie odwróciłem się i odepchnąłem ręką ową osobą, którą była Andrea, a w ręce trzymała moją strzykawkę.
Siedziała na podłodze wpatrując się we mnie przestraszonym wzrokiem, po czym wyrzuciła przedmiot na podłogę, który przyturlał się pod mój materac, lecz ja ciągle nie spuszczałem wzroku z brunetki, która w końcu nie wiedziała co robić.
- Nie przeczyściłeś mi wczoraj mojej strzykawki, krew w niej zastygła. - szepnęła powoli sunąc na pośladkach w stronę swojego kąta.
- Mówiłem, żebyś nie dotykała jego sprzętu. - zaśmiał się Simon bawiąc się scyzorykiem, po czym wbił go w drewnianą podłogę.
Byłem na nią strasznie zły. Wstałem z materaca i stanąłem nad nią. Patrzyła się na mnie niebieskimi oczami, które za chwile zapełniły się łzami.
- Przepraszam. - powiedziała drżącym głosem, po czym schowała twarz w dłoniach.
Miałem zamiar jej przyłożyć, jak kiedyś. Gdyby tylko uniosła głowę dawno bym już wymierzył w jej policzek. W sumie tylko na to czekałem.
- Wstań. - rozkazałem.
Dziewczyna przez chwilę nie wykonywała mojego polecenia, ale chyba nie miała innego wyjścia. Powoli stanęła na swoje nogi i ze spuszczoną głową stała przede mną.
- Spójrz na mnie. - powiedziałem unosząc jej podbródek tak, by jej niebieskie tęczówki były skierowane wprost w moje oczy. - Mam ci połamać ręce za kradzież moich rzeczy? Ja ci pomagam kiedy jesteś na głodzie, ładuję w twoje spróchniałe żyły heroinę, a ty się tak odpłacasz?
- Mówiłam już. Moja jest do wyrzucenia, bo jej nie przemyłeś.
- Słucham? - uniosłem brwi przyglądając się brunetce. - Ja mam ci jeszcze przepłukiwać sprzęt? - zaśmiałem się ironicznie w jej twarz, po czym ją odepchnąłem na stół.
Brunetka położyła się na nim na plecach a ja przycisnąłem ją do niego trzymając za szyję.
- Justin. - wykrztusiła łapiąc za moją rękę, która powoli zaciskała się na jej wychudzonym gardle.
Nie miałem już ochoty czekać. Po chwili przyłożyłem jej w twarz, a pokój wypełnił jej pisk.
- Co się dzieje? - do pokoju wpadł George, po czym zdjął mnie z dziewczyny, a do ręki wcisnął pół grama. - Uspokój się. - poklepał mnie po ramieniu, po czym podszedł do Andrei.
Pomógł jej się podnieść.
Patrzyłem na nią ze złością. Widziałem jak trzymała się za gardło, a jej policzek zaczynał powoli puchnąć.
- Jeszcze raz. - pogroziłem, lecz zaraz George spiorunował mnie wzrokiem.
Zamilkłem. Byłem strasznie nabuzowany, i chciałem sobie władować. Szybko przygotowałem sobie te pół grama, chociaż wiedziałem, że to może oznaczać dla mnie "złoty strzał". Oliver załatwił się połówką niecałe pół roku temu.
Za Olivera - pomyślałem i wcisnąłem igłę w żyłę powoli wlewając w siebie narkotyk.
Dziwnie się poczułem. Świat zaczął wirować, głowa robiła się ciężka, a ja powoli opadałem. Słyszałem stłumione krzyki ludzi. Umierałem? Nawet fajnie, nie potrzebny nikomu taki narkoman jak ja.

Wracałem. Poruszyłem lekko wskazującym palcem u lewej ręki, po czym poczułem zimną dłoń na czole, która delikatnie mnie głaskała. Do uszu dochodziły szepty, lecz jeszcze nie byłem w stanie ich zrozumieć, ale nie miałem zamiaru też tak siedzieć bezczynnie. Otworzyłem lekko powieki, ale zaraz przymrużyłem oczy. Białe światło przebiło się przez brudną szybę i wpadło do moich oczu. Podniosłem rękę i zakryłem sobie nią oczy, po czym powoli wstałem. Byłem wykończony. Wszyscy na mnie patrzyli, a ja? Ja wyglądałem jak skacowany licealista po wielkiej imprezie w domu kumpla.
- Dobrze się czujesz? - zapytała Patricia przykładając swoją lodowatą dłoń do mojego policzka.
Pokręciłem przecząco głową. Chciałem się położyć z powrotem, ale siedząc było mi również dobrze.
Rozejrzałem się po pokoju. Naliczyłem sześć osób. Czyżbym miał problemy z matematyką? Nie, w kącie stała dziewczyna. Blondynka. Czyżby Amy?
Kiedy już mogłem chociaż w połowie funkcjonować dokładnie widziałem blondynkę, która z przerażeniem wpatrywała się we mnie, co zaczynało mnie już irytować. Po co ona tutaj wróciła? Mało mamy problemów?
Po chwili odwróciłem od niej wzrok skupiając się na jednym punkcie. Ignorowałem każde słowo kierowane w moją stronę. Nie dość, że byłem wykończony, to jeszcze obsypywali mnie milionami pytań o moje samopoczucie.
- Stary, idź na odwyk. - powiedział poważnie George klękając przy mnie na jednym kolanie. - Jeszcze jedna taka akcja i skończysz jak Oliver, Caroline, Peter, Shaq i Alex. Nie chcę żebyś do nich dołączył. - posmutniał.
- Nie mam zamiaru znowu wylądować w ośrodku. - odparłem.
Wszyscy spojrzeli po sobie.
- Justin. - z końca pokoju dobiegł do mnie delikatny głos blondynki. - Idź na ten odwyk, może to naprawdę ci pomoże.
- Co ty o tym wiesz? - prychnąłem pokręcając głową. - Jesteś tylko zwykłą dziewczyną, która nie ma zielonego pojęcia o naszym losie. Nie wiem nawet po co tu wracałaś, po co George kazał ci przyjść. Jesteś dla nas tylko kolejnym problemem! - krzyknąłem po chwili opadając na ścianę i głęboko oddychając.
Wszyscy przyglądali mi się z uwagą, oprócz Simona.
- Po co ona tu jest? - zapytałem patrząc na George'a. - Po co ona nam tutaj?
- Przyda się. - zapewnił z uśmiechem. - Przy okazji posprzątała trochę w mieszkaniu i zrobiła małe zakupy. Może też ktoś z nas pozazdrości jej normalnego życia i będzie chciał wyjść z nałogu? A sam wiesz jak bardzo chcemy z tym skończyć, chociaż jest trudno. A ona może nam pomóc.
- Sami sobie damy radę. - odpowiedziałem. - Nie chcę jej tutaj, niech odejdzie.
Nikt nie wiedział co powiedzieć, ja też.
Wstałem z materaca, założyłem kaptur na głowę i wyszedłem lekko chwiejnym krokiem z mieszkania. Było już ciemno i okropnie lało, lecz się tym nie przejmowałem i ruszyłem na spacer z samym sobą.

~ PRZECZYTAŁEŚ? ZOSTAW SWOJĄ OPINIĘ! ~


Witajcie kochani po tygodniowej przerwie!
Od czego zacząć... Od dzisiaj rozdziały będę dodawała co tydzień w niedzielę. Przepraszam, jeśli to dla Was problem ale zrozumcie, że w szkole średniej już nie ma takiej sielanki jak w gimnazjum. Nauki jak i prac domowych z każdym dniem jest coraz więcej, więc bloga będę musiała trochę spowolnić.
Rozdział krótki. Brakowało mi przy nim weny. Może dlatego, że w ostatnim tygodniu nie miałam okazji sięgnąć po jakąkolwiek książkę i zaczerpnąć chociaż garstki inspiracji.

A jak tam u Was w szkole? Wszystko jest w porządku? :)
Wszystko możecie mi opowiedzieć pisząc do mnie na GG (numer znajduje się pod avatarem). Zadawajcie pytania związane z blogiem, dajcie siebie poznać! :D

Tagi: drugs
08.09.2013 o godz. 13:44


Oparłem łokcie na stole, a głowę na ręce i zacząłem rysować w blacie zardzewiałym scyzorykiem. Czułem na sobie wzrok blondynki, nie przeszkadzał mi, wręcz przeciwnie.
- Jestem! - z korytarza dobiegł do nas męski głos George'a.
Wszyscy natychmiastowo jakby ożyli. Ja wstałem z krzesła i podbiegłem do niego. Brunet podarował mi moją działkę. Aż mi się gorąco zrobiło jak na to patrzyłem, lecz wiedziałem, że teraz musimy pomóc innym.
George natychmiast rzucił się do swojej ukochanej - Patricii. Ja natomiast podszedłem do Andrei. Przygotowałem jej narkotyk i pomogłem jej wstrzyknąć w rękę, chociaż niesamowicie się rzucała. Z podekscytowania i z narastającego głodu. Po jakimś czasie udało mi się wstrzyknąć heroinę do jej żył. Brunetka uśmiechnęła się z ulgą, po czym spojrzała na mnie wdzięcznym wzrokiem. Odpowiedziałem jej uśmiechem i spojrzałem na George'a, który trzymając przy piersi głowę Patricii, delikatnie ją gładził.
Odwróciłem od nich wzrok i spojrzałem na blondynkę siedzącą na moim materacu. Z przerażeniem przyglądała się mi i strzykawce, którą trzymałem w rękach.
Spuściłem wzrok i odłożyłem sprzęt Andrei nie przeczyszczając go z krwi, po czym przeszedłem do Simona. Na głodzie był on najspokojniejszy. Leżał skulony na swoim kawałku koca z poduszką, trząsł się lekko a z jego ciała wydobywał się zimny pot. Pomogłem mu wstać, i posadziłem go tak, żeby chociaż opierał się o ścianę. On spojrzał się na mnie tymi jego zapłakanymi oczami, które ma już od przyjścia do nas. Przygotowałem mu działkę i wstrzyknąłem bez problemu w żyłę, po czym dałem mu pół grama na potem.
- Dzięki. - powiedział pociągając nosem, po czym znowu się położył.
Odszedłem od niego beznamiętnie, po czym przysiadłem obok blondynki. Wziąłem z miski z wodą strzykawkę.
Dziewczyna popatrzyła się na mnie, a później odwróciła wzrok. Chyba nie lubiła tego widoku, trudno się mówi.
Po przygotowaniu swojej porcji, władowałem sobie i z ulgą osunąłem się po ścianie.
- Kto to? - zapytała Patricia powoli podnosząc się z podłogi. - Kolejna z nas? - uśmiechnęła się lekko podchodząc do blondynki.
Dziewczyna wyglądała na przerażoną, nie dziwię się. Patricia wyglądała przy niej jak trup, lecz miała do niej przyjazne nastawienie.
- Jak masz na imię? - spytała klękając na swoich zadrapanych kolanach i posłała jej uśmiech.
- Amy. - odpowiedziała szybko, po czym przełknęła ślinę.
- Nie jest jedną z nas. - brunetka przyjrzała się oczom i rękom blondynki. - Kto tu ją wprowadził? - zaraz pomieszczenie wypełnił jej krzyk wymieszany z nutką chrypki.
Blondynka natychmiastowo drygnęła.
Wszystkie oczy natychmiastowo były skierowane na nią. Było to dla nich dziwne zjawisko. Pierwszy raz gościliśmy w naszym domu "zwykłą" osobę, lecz byli też wściekli. Akurat nie na mnie, lecz na Amy, która z podkulonymi nogami podsuwała się coraz bliżej mnie.
Nie miałem zamiaru jej bronić. Sam nie ja chciałem, żeby ona siedziała u nas.
- George! - ponownie wrzasnęła, po czym wstała i spiorunowała swojego chłopaka morderczym wzrokiem. - Co ona tu robi? Wiesz jakie nieszczęście może na nas sprowadzić zwykła dziewczyna? - warknęła.
- Zabijmy ją. - zażartowała Andrea wtrącając się do kłótni między Patricią, a Georgiem.
Tym razem mnie ogarnęła złość. Przesadziła.
Spojrzałem na Andreę zimnym wzrokiem, na co jej uśmiech zszedł z twarzy.
- I tak się nam do niczego nie przyda tutaj, wypieprzmy ją stąd. - zaproponował Simon, jak zwykle bardziej obojętnie od reszty domowników.
Nikt nie zwrócił na niego uwagi. Chyba był nawet zadowolony, że nikt nie przejął się jego propozycją.
- Ja nie chciałam robić kłopotu. - odezwała się blondynka, która zaraz pożałowała swoich słów, chociaż w nich nic nie było obraźliwego.
Patricia złapała ją za rękę i chciała ją podnieść, lecz tylko udało jej się ją szarpnąć, dosyć mocno.
Amy pisnęła cicho, po czym spojrzała na mnie świecącymi oczami trzymając się za nadgarstek.
- Ty jesteś nienormalna? - wrzasnąłem zrywając się z materaca. - Co ona ci zrobiła? - ostatnie słowo wysyczałem przez zaciśnięte zęby.
Byłem tak blisko jej trupiej twarzy jak nigdy. Jej narkomańskie oczy przyglądały mi się uważnie.
- Justin. - zaczęła spokojnie. - Ona sprowadzi na nas nieszczęście.
Zdawałem sobie z tego sprawę i bardzo dobrze o tym wiedziałem, że mogłaby w każdej sypnąć gdzie jest nasza kryjówka.
- Nic nikomu nie powiem. - do naszej rozmowy wtrąciła się blondynka. - Przysięgam. - dodała cicho wpatrując się we mnie i Patricię.
- Kłamie! - krzyknęła Andrea z drugiego końca pokoju.
- Zamknij się. - warknąłem w jej stronę.
Zaczynała mnie już powoli denerwować.
- George, zaproponuj coś. - dodałem przyglądając się brunetowi. - Ty ją tu kazałeś sprowadzić, i ty się nią zajmujesz. - powiedziałem stanowczo i odszedłem kawałek stając przy ścianie.
- Możemy ją wypuścić, ale w zamian musi coś dla nas zrobić. - odezwał się George, który siedząc na krześle odpalał papierosa.
Wszystkie oczy skierowane były teraz właśnie na niego. Co taka dziewczyna miałaby dla nas zrobić? Latać po heroinę do dilerów? Pomóc nam ładować w kanały kiedy będziemy na największym głodzie? Może jeszcze chodzić na rzeź?
- Słuchaj, mała. - westchnął brunet opierając się łokciami o blat, po czym posłał jej lekki uśmiech. - Wypuszczę cię, ale masz tu przyjść jutro, zrozumiano?
W odpowiedzi zobaczył twierdzące kiwania głową.
- Że co? - wrzasnąłem rozkładając ręce. - Czy ty przypadkiem za mocno nie przyćpałeś? Przecież razem z nią mogą przyjść tu całe hordy psów!
- Im szybciej ją wypuścimy, tym lepiej dla nas. - odpowiedział spokojnie. - Ej, blondyneczko. - pstryknął palcami zwracając na siebie jej uwagę. - Jutro widzę cię u nas wpół do trzynastej, masz być punktualnie. - powiedział, po czym wstał i podszedł do niej. Wyciągnął ku niej rękę i pomógł jej wstać, po czym odprowadził ją do wyjścia.
Wszyscy wymieniliśmy między sobą spojrzenia niezrozumienia. Dlaczego George był taki dziwny? Czemu kazał mi ją zabrać do naszej kamienicy, a później ją wypuścić? Jak mógł zaufać jej tak po prostu i uwierzył, że ona przyjdzie? Wszystko było takie dziwne, lecz po jakimś czasie już o tym nie myślałem. Władowałem sobie tylko na dobranoc i kładąc się na materacu, który lekko pachniał blondynką, zasnąłem.

~ PRZECZYTAŁEŚ? ZOSTAW SWOJĄ OPINIĘ! ~


Witam wszystkich Czytelników!
Cóż... rozdział jest według mnie trochę dziwny. George jest dziwny, ale wszystko wytłumaczy się dopiero na koniec opowiadania. A opowiadanie przewiduję na około pięćdziesięciu rozdziałów, więc poczekacie trochę :D

I jutro już do szkoły! Ja tak przy okazji chciałabym Wam życzyć samych sukcesów w nauce, i żebyście te dziesięć miesięcy wykorzystali jak najlepiej! :)

I jeszcze chciałam coś zaproponować. Bardzo mnie wspieracie w pisaniu dalszych części opowiadania, więc ja bardzo bym chciała Was lepiej poznać :)
Jeśli macie ochotę lub czas to napiszcie do mnie na GG, może będę nawet w stanie udostępnić kilka sekretów w związku z dalszymi częściami C:
Numer pod avatarem, możecie zawsze napisać!
Całuję mocno,
~mor(ph)fine


Tagi: drugs
01.09.2013 o godz. 07:26



3 listopada


Wszedłem do środka mieszkania, po czym delikatnie zamknąłem za sobą drzwi.
Z pokoju George'a i Patricii dochodziły kłótnie i nieprzyjemne stukanie. Czułem, że coś jest nie tak. Przyspieszyłem kroku przechodząc przez korytarz i zaraz znalazłem się w mojej sypialnio-kuchni. Rozejrzałem się po pomieszczeniu patrząc na moich znajomych. Andrea leżała na ziemi drżąc z zimna i bólu, Simon to samo. Byli na totalnym głodzie, zresztą mnie też już zaczęło coś brać.
Spanikowałem. Nie chciałem aby mnie to zaraz spotkało. Rzuciłem się szybko do mojego materaca. Podniosłem jego róg i niezauważalnie wyciągnąłem kilka tabletek nasennych, które szybko łyknąłem. Widziałem, że prochy nie zaspokoją mnie na długo, ale musiałem mieć siłę, żeby pomóc reszcie. Sam raz przez to przechodziłem i wiem, że nie jest to przyjemne uczucie.
- George! - wrzasnąłem wychodząc na korytarz. - Musimy coś z tym zrobić!
- Idę! - krzyknął z drugiego pokoju, po czym otworzył białe drzwi. Widziałem tylko jak wyrywa się ze szpon wychudzonej brunetki, która tak samo jak tamta trójka chciała tylko porządnego zastrzyku.
Przestraszyłem się, kiedy spojrzała na mnie swoimi wygłodzonymi oczami. Jej chude ciało, wystające kości i te oczy przyprawiły mnie teraz o dreszcze, lecz zaraz szybko zająłem moje myśli czymś innym.
Szybkim krokiem opuściliśmy kamienicę. Tym razem szliśmy w ciszy, żaden się do siebie nie odzywał. W głowach mieliśmy w głowie tylko jedno.
Mieliśmy szczęście, zaczęło się ściemniać, chociaż na ulicy krążyło dosyć dużo mieszkańców Nowego Jorku, ale dla nas to nie stanowiło problemu.
- Tamta blondynka. - szepnął brunet, po czym pociągnął mnie w ciemniejszy zaułek.
Tym razem nie miałem już ochoty na przedstawienie, pragnąłem tylko heroiny, mogliśmy ją nawet zabić. Bez różnicy.
- Zbliża się. - brunet odwrócił do mnie głowę na chwilę uśmiechając się cwaniacko pod nosem.
Odwzajemniłem ten uśmiech. Sam byłem podekscytowany.
Po chwili George złapał bezbronną dziewczynę i zaczął ją za sobą ciągnąć. Musiałem przyznać, że był szybki. Nawet się nie zorientowałem kiedy oboje byli już za kontenerem na śmieci. Uśmiechnięty podbiegłem do nich i przyglądałem się poczynaniom dwudziestopięciolatka, jednocześnie rozglądając się czy nikt nie idzie.
Mała blondynka była przerażona. Jej oczy lśniły za pomocą przezroczystego płynu, który rozświetlał jej ciemne oczy. Czasami przez ułamek sekundy przyglądała mi się jakby prosiła mnie o pomoc. Ale mnie nie obchodziły jej smutki, tak bardzo chciałem jej pieniędzy. Po prostu kiedy wiedziałem, że w naszym mieszkaniu nie ma ani miligrama heroiny to zachowywałem się jak psychopata.
Nagle brunet syknął. Powoli przekręcił się na bok i łapiąc się oburącz a krocze przeklinał dziewczynę pod nosem.
Widząc zaszłą sytuację, natychmiastowo przejąłem dziewczynę i kiedy próbowała wstać, powaliłem ją na mokrą ziemię. Przycisnąłem blondynkę do niej oraz zakryłem ręką usta. Tym razem była bezradna. Patrzyłem w jej ciemne oczy, z których wypływały małe kropelki.
Pomrugałem kilkakrotnie powiekami. Wiedziałem, że skądś znam te oczy, te włosy, tą twarz. Jak w transie, zacząłem szukać w pamięci jakiejś sytuacji ciągle się na nią patrząc, aż w końcu przypomniałem sobie. To była ona! Dziewczyna ze zdjęcia. Serce podskoczyło mi do góry, ale zaraz i tak moje myśli zajął narkotyk. Śmieszne, nic mnie wtedy nie obchodziło.
- Zabieraj ją. - powiedział George wstając z miejsca.
- Co? - spojrzałem na niego unosząc brwi.
- Sprzeda nas na psach, nie możemy jej puścić wolno! - powiedział przejęty, po czym rzucił jej torebkę w kałużę, a pieniądze schował w swojej kieszeni.
- Czekaj! - krzyknąłem za nim kiedy miał odchodzić i wyciągnąłem ze swojej kieszeni sto dolarów. - Kup za to działki dla mnie. Ćwierć grama możesz sobie wziąć. - wyciągnąłem wolną rękę w stronę chłopaka, tylko mu mogłem ufać w sprawie kupienia dla mnie towaru. Zawsze kupował wystarczającą ilość towaru i nigdy mnie nie oszukał. Jak na starego ćpuna miał swoje zasady, dlatego go lubiłem.
Kiedy George zniknął nam z oczu blondynka wyrwała twarz z mojej ręki i już chciała zacząć krzyczeć, ale powstrzymałem ją.
- Zamknij się. - warknąłem cicho posyłając jej piorunujący wzrok, chociaż tak naprawdę nie miałem zamiaru zrobić jej krzywdy.
Dziwiło mnie też dlaczego George kazał ją zabrać. Ten irracjonalny pomysł mógł na nas sprowadzić większe nieszczęście. Zabrać nieznajomą do naszego domu, później jej rodzice zaczną jej szukać, potem włączy się do tego policja. Nic gorszego nie mogłoby nas spotkać.
Brak heroiny kompletnie go ogłupił, ale nie zamierzałem się mu sprzeciwiać. Musiałem zrobić to, co kazał.
Blondynka patrzyła się na mnie tymi świecącymi oczami, od których odwróciłem wzrok. Wstałem z niej i złapałem za rękaw jej kurtki podnosząc do góry.
- Chodź, i zachowuj się normalnie. - pchnąłem ją do przodu i zacząłem za nią iść.
Przyglądałem się jej uważnie. Jej kształtom, falom włosów, brudnemu ubraniu, które jej pobrudziliśmy. Imponowała mi bardziej niż Patricia, bardziej niż inne normalne dziewczyny.
Przez całą drogę pytała się mnie gdzie ją prowadzę. Nie odpowiadałem, tylko mówiłem gdzie ma skręcać. Dziwiłem się, że nie ucieka. Tak, to było dziwne. Na jej miejscu dawno bym spieprzył lub wołał o pomoc. Może się bała?

Weszliśmy do środka. Blondynka od razu zaczęła kasłać. Spojrzałem na nią unosząc brwi, nie wiedziałem o co jej chodzi.
- Ale tu śmierdzi. - powiedziała marszcząc nos.
- Przyzwyczaisz się. - odparłem biorąc ją za rękaw i prowadząc wzdłuż korytarza, aż weszliśmy do mojej miejscówki. Tam dziewczyna jeszcze bardziej się skrzywiła. Myślałem, że zaraz zwymiotuje na środek pokoju. W sumie w tym miejscu bardziej śmierdziało. Zimny pot, który spływał po zgłodniałych ćpunach naprawdę miał nieprzyjemny odór.
Zaraz potem jej ciemne oczy rozejrzały się po pomieszczeniu, aż w końcu zatrzymała się na trzech osobach. Drżących, cuchnących i konających z bólu. Przestraszyła się.
- Spokojnie. - szepnąłem.
Wszystkie oczy wygłodzonych potworów spojrzały na mnie.
- Masz coś? - spytała Patricia próbując wstać z podłogi, bezsilnie.
- George niedługo będzie i przyniesie wam coś. - odpowiedziałem szybko i pchnąłem przerażoną blondynkę w stronę mojego materaca, na którym usiadła podkulając nogi.
Chyba nie pasowało jej to miejsce. Skrzywiła się kiedy tam usiadła, lecz nie miała zamiaru się sprzeciwiać.
Ja natomiast zabrałem spod materaca resztę prochów i połknąłem je tak, żeby reszta grupy tego nie widziała. Tylko dziewczyna przyglądała się mi kiedy łykam sześć tabletek nasennych. Tym razem przestraszyła się jeszcze bardziej.
Nie obchodziło mnie to. Odszedłem od niej i usiadłem na jednym z krzeseł przy stoliku.
- Co im jest? - spytała po chwili drżącym głosem.
- Są na głodzie. - odpowiedziałem wyjmując z kieszeni papierosa, po czym go przypaliłem.
- Jak to? Dlaczego? - spytała ponownie, lecz troskliwie.
- Za dużo chcesz wiedzieć. - odpowiedziałem grzecznie i zaciągnąłem się.
Dziwne, pierwszy raz ktoś zapytał z troską o zdrowie narkomanów. A może ona po prostu jeszcze nie wie kim my jesteśmy? Nawet jeśli, wszystko powinno stać się dla niej jasne, kiedy wróci George z nową dostawą.

~ PRZECZYTAŁEŚ? ZOSTAW SWOJĄ OPINIĘ! ~


W końcu Justin spotkał dziewczynę ze zdjęcia. Waszym zdaniem jest wobec niej nieco obojętny? Tak ma być, tacy są narkomani w moim opowiadaniu, bez uczuć.
Skorzystałam również z Waszej rady i zamieściłam do opowiadania muzykę. Szczerze mówiąc długo szukałam odpowiedniej, i nie mogłam znaleźć. Jedyny utwór zespołu Bastille przypadł mi do gustu, lecz nadal nie jestem pewna czy w jakiś sposób pasuje :C
Opinię zostawiam Wam.

NIE JESTEM DOBRA W DOBIERANIU MUZYKI. WIĘC JEŚLI KTOŚ ZNA JAKIEŚ CIEKAWE UTWORY, KTÓRE PASOWAŁYBY DO MOJEGO OPOWIADANIA TO MOŻECIE WYSYŁAĆ SWOJE LINKI NA PRIV LUB GG: 39457390. NA PEWNO ZE WSZYSTKICH SKORZYSTAM!

~mor(ph)fine
Tagi: drugs
25.08.2013 o godz. 13:14
W powietrzu unosił się dym z papierosów, stare radio już nie grało, więc nasłuchiwaliśmy tylko szumu wiatru i deszczowych werbli bijących o dach i okno.
Wszyscy nawzajem wymienialiśmy się spojrzeniami. Nie rozmawialiśmy ze sobą. Przynajmniej ja nie miałem okazji zamienić z nimi więcej niż dwa lub trzy zdania od kiedy się do nas przenieśli.
Andrea jest z nami najkrócej, tylko cztery miesiące. Przygarnęła ją Patricia, ale nie wiem w jakich okolicznościach ją znalazła. W każdym bądź razie dziewczyna nie nadaje się na narkomankę, ma zbyt słabą psychikę.
Natomiast Simon jest z nami nieco dłużej, od dziesięciu miesięcy. George go do nas przyprowadził, kiedy oboje uciekli z ośrodka gdzie byli na odwyku.
Dziwne się może wydawać, że tyle czasu spędziliśmy na samym przyglądaniu się na siebie, lecz jednak w ten sposób jakoś się chyba poznajemy.
Po jakimś czasie leżenia zachciało mi się władować. Uniosłem się do pozycji siedzącej i wyciągnąłem z miski z wodą moją jedyną strzykawkę, po czym położyłem ją na udzie. Z kieszeni bluzy wyjąłem moje ostatnie ćwierć grama heroiny, które wysypałem na łyżeczkę i dodałem do niej wody i trochę soku z cytryny dzięki czemu substancja lepiej się rozpuściła. Potem tylko podgrzałem łyżkę za pomocą zapalniczki i zaraz napełniłem strzykawkę. Kiedy już to zrobiłem, podniosłem wzrok. Para szatynów przyglądała mi się uważnie, Andrea podkuliła nogi pod klatkę piersiową i już prawie ryczała. Oboje mieli ochotę na moją heroinę. Spiorunowałem ich wzrokiem, co spowodowało, że oboje natychmiast przestali się tak przyglądać. Dobrze wiedzieli, że nie się nie dzielę z nikim, a dotknięcie moich rzeczy graniczyło z połamaniem rąk, dlatego trzymali się z daleka od mojego kąta, mojego kawałka podłogi.
Wcisnąłem strzykawkę do żyły wlewając narkotyk. Czułem się coraz bardziej rozluźniony. Kiedy już wszystko w siebie wlałem, wyjąłem z przedramienia strzykawkę i przepłukałem ją. Po chwili położyłem się, i w takiej pozycji spędziłem piętnaście minut. Musiałem poczekać, aż to wszystko rozlezie się po moim ciele.

Szedłem po mokrym chodniku nawet nie zwracając uwagi na kałuże. Już nie padało. Miałem na głowie czarny kaptur, a ręce schowałem w kieszeni, w której miałem moje ukradzione sto dolarów.
Po chwili skręciłem w jedną z uliczek i tak szedłem aż w końcu przystanąłem przy dużym szyldzie. Spojrzałem w górę mrużąc oczy, powoli już mżyło. W końcu był to środek jesieni. Wszedłem do środka baru i zdjąłem z głowy kaptur. Z końca widziałem znanych mi ćpunów - James'a i Mike'a. Unieśli rękę w celu przywitania. Kiwnąłem głową z uśmiechem, ale nie dosiadłem się do nich, tylko zająłem miejsce w kompletnie innej części knajpy. Zasiadłem przy jednym ze stolików i wyjąłem papierosy na kasztanowy blat pokryty obrusem w biało czerwoną kartkę, po czym wyciągnąłem jednego i wsadziłem sobie do ust. Przypaliłem go i zaciągnąłem się.
- Justin?
Odwróciłem się natychmiastowo i wstałem z krzesła przyglądając się kobiecie w beżowym płaszczu, która przyglądała mi się ze łzami w oczach jaki i z wściekłością.
Chciałem przełknąć ślinę, lecz mi się to nie udało.
- Justin. - powtórzyła. - Synku. - wyciągnęła do mnie ręce, lecz ja się odsunąłem wpadając na krzesło.
- Skąd się tu wzięłaś?
- Zobaczyłam cię jak szedłeś. - powiedziała lekko unosząc swoje kąciki ust. - Proszę, wróć do domu. Tęsknimy za tobą. - dodała i spuściła wzrok w podłogę i splatając przy tym swoje długie palce.
- To już nie pamiętasz jak razem z ojcem wyrzuciliście mnie z domu? - warknąłem patrząc na nią ze złością w oczach.
- Porozmawiajmy. - odparła wskazując na krzesło abym usiadł.
Zrobiłem to co chciała. Wiedziałem, że nie pozbędę się swojej matki jeśli nie zamienię z nią kilku zdań.
Ciągle patrzyłem się na nią ze złością, którą wyraźnie starałem się pokazać na mojej twarzy. Moja rodzicielka położyła dłonie na stole i westchnęła otwierając usta jakby chciała zacząć coś mówić, lecz zaraz potem znowu je zamknęła.
- Posłuchaj. - zaczęła powoli i spokojnie. - Nie chcieliśmy aby to się tak potoczyło. Chcemy ci pomóc. - w tym momencie spojrzała w moje oczy wypełnione złością.
Prychnąłem.
- Justin, skarbie. Jesteś dla nas bardzo ważny, nie możemy się pogodzić z twoim odejściem i mamy straszne wyrzuty sumienia. - dodała przymykając oczy, po czym podnosząc ręce tak, że tylko opierały się na łokciach. Splotła palce jak do modlitwy i uniosła powieki przyglądając się mi jej szklanymi oczami. - Daj sobie pomóc. Wróć do nas.
- Czy ty naprawdę myślisz, że zdobędę się na taki krok? - odpowiedziałem z kpiącym akcentem. - Wyrzuciliście mnie z domu, nie akceptowaliście mnie takiego jakiego jestem a teraz nagle po ponad roku prosisz mnie o powrót? - zaśmiałem się kiwając głową na boki. - Mogę tylko ci powiedzieć, że nie musicie się o mnie martwić. Znalazłem dom i jest mi tam dobrze. - dodałem i wstałem ze swojego miejsca. Zabrałem moje papierosy ze stolika i wyszedłem z knajpy kierując się z powrotem do kamienicy.
Wracając, co chwile odwracałem się za siebie. Miałem wrażenie, że moja matka mnie śledzi, ale na szczęście nie robiła tego. Może zrozumiała moje słowa... A może nie. Nie obchodziło mnie to, jedyne czego chciałem to sobie władować.

~ PRZECZYTAŁEŚ? ZOSTAW SWOJĄ OPINIĘ! ~


No to macie proszę drugi rozdział. Jeszcze akcja nie jest taka jaka powinna być, ale sądzę, że z następnymi rozdziałami będzie o wiele lepiej, bo jak na razie zależy mi, abyście poznali samego Justina, dopiero później resztę bohaterów :)
Mam nadzieję, że rozdział się spodobał :)

Dziękuję za wspaniałe 7 komentarzy pod poniższą notką i 4 obserwatorów! Nawet nie wiecie jak bardzo cieszyłam się kiedy czytałam te ciepłe słowa i patrzyłam na wzrost czytelników na moim mini blogu :)

Wszystkich bardzo mocno całuję i do następnego napisania!

~mor(ph)fine




Tagi: drugs
22.08.2013 o godz. 16:27
Siedziałem w ciemnym kącie na moim śmierdzącym materacu i co chwila przyglądałem się Patricii, która z ręką w górze przeczesywała swoimi chudymi palcami stęchłe powietrze. Imponowała mi. Mimo swojego trupiego ciała potrafiła poruszać się z gracją, nie tak jak inne narkomanki.
Nagle do naszych uszu dobiegł huk zamykających się drzwi. Wszyscy natychmiastowo przenieśli wzrok na futrynę, w których zaraz stanął George, nasz przywódca.
Kiedy rozejrzał się po pokoju uśmiechnął się dumnie i rzucił swoją czarną torbę na stół, po czym podszedł do niej i wysypał całą zawartość na drewniany blat. Wszystkich nagle ogarnął szał, mnie również. Tyle towaru.
Pierwsza oczywiście dorwała się Andrea, która od pięciu minut siedziała na głodzie przy brudnym kuchennym blacie. Zabrała szybko jeden woreczek i powróciła na swoje miejsce wysypując heroinę na łyżeczkę, do której dodała wodę i sok z cytryny, zaraz później podgrzewając za pomocą zapalniczki, po czym napełniła strzykawkę, lecz trzęsącymi się rękoma nie umiała trafić na żyłę.
Zabrałem więc ze stołu woreczek narkotyku aby inni mi nie podwędzili, podszedłem do Andrei i zabrałem jej strzykawkę z ręki. Na początku myślałem, że się na mnie rzuci, ale po sekundzie dotarło do niej, że chcę jej pomóc.
Kucając przy niej, posłałem jej uśmiech i złapałem za rękę szukając żyły, po czym wbiłem w nią igłę na początku pobierając trochę krwi aby mieć pewność, że trafiłem tam, gdzie trzeba. Uśmiechnąłem się kiedy w strzykawce pokazał się czerwony płyn, po czym zacząłem naciskać, powoli wlewając herę do jej kanałów.
Brunetka uśmiechnęła się przymykając oczy. Ja położyłem jej strzykawkę na udo i zrobiłem krok do tyłu.
- Dziękuję, Justin. - powiedziała lekko zachrypniętym głosem, pełnym ulgi.
Kiwnąłem głową wracając na swoje miejsce i sam przygotowałem sobie heroinę, po czym wstrzyknąłem ją do żył i położyłem się wygodnie wsłuchując się w stłumioną muzykę dochodzącą ze starego radia.

Siedzieliśmy w dużym pokoju w trójkę. Ja, Simon i Andrea. Nikt się do siebie nie odzywał. Słuchaliśmy Nowojorskich wiadomości z radia paląc Marlboro. Co chwilę tylko morderstwa, kradzieże, gwałty i tak w kółko. Nic nowego.
Zgasiłem peta na rogu moje cuchnącego materaca, którego odór mi nawet nie przeszkadzał, kiedy do pokoju wszedł George. Machnął ręką abyśmy wszyscy wstali, więc to zrobiliśmy.
Właśnie wychodziliśmy na rzeź. Tak określaliśmy okradanie ludzi. Był to jedyny sposób aby zdobyć trochę forsy na nasz chleb powszedni.
Kiedy wyszliśmy na zewnątrz rozejrzałem się dookoła. Było zimno i lekko kropiło, więc trudno będzie dzisiaj znaleźć jakąś żywą duszę krzątającą się pośród tych ciemnych uliczek.
Podzieliliśmy się na dwie grupy. Ja i George oraz Patricia, Andrea i Simon, po czym rozeszliśmy się.
Przez całą drogę facet pieprzył mi o swoim życiu, które kompletnie mnie nie interesowało. Całą historię wpuszczałem jednym uchem, a drugim wypuszczałem, w końcu i tak znałem już ją na pamięć. W swojej głowie miałem tylko jedną myśl - heroina.
- Ej, patrz. - George złapał mnie za rękaw bluzy i wskazał brodą na kobietę, która szła po drugiej ulicy, dosyć daleko od nas.
Przemarznięta okrywała się własnymi ramionami i ze spuszczoną głową brnęła w strugach deszczu przez okolicę.
- Przedstawienie. - powiedziałem przyglądając się bacznie kobiecie, po czym wepchnąłem go do jednej z bocznych uliczek, nie sprzeciwiał mi się, wiedział co robię. Ufał mi.
Przedstawienie polegało na delikatniejszym sposobie rabowania ludzi. Bez przemocy.
Szedłem wolno. Tak, aby ona mogła podejść bliżej. Kiedy już była wystarczająco blisko, zatrzymałem ją.
- Przepraszam. - odchrząknąłem starając się przybrać najbardziej przyjazny ton głosu. - Ma pani może ogień?
Kobieta spojrzała się na mnie swoimi świecącymi oczami, uśmiechnęła się lekko i pokiwała głową, po czym zaczęła zachłannie przeszukiwać swoją torebkę.
Włożyłem ręce do kieszeni i spojrzałem się w jedną z ciemniejszych uliczek gdzie stał George. Nie widziałem go, lecz czułem, że tam jest, aż w pewnym momencie wybiegł ze swojej kryjówki, podbiegł do nas, wyrwał kobiecie torebkę i z zawrotną prędkością zaczął uciekać.
- Ej! - krzyknęła odwracając się za nim.
- Złapię go. - powiedziałem sztucznie przejętym głosem, po czym zacząłem za nim biec.
- Uważaj. - krzyknęła za mną unosząc rękę.
Odwróciłem od niej głowę i zacząłem biec. Za zakrętem zwolniłem. Przystanąłem dopiero wtedy, kiedy miałem stuprocentową pewność, że szatynka mnie już nie widzi.
- Jus! - usłyszałem cichy szept zza moich pleców.
Odwróciłem się i zobaczyłem George'a machającego czarną torebką.
Uśmiechnąłem się i wyrwałem mu ją zaglądając od razu do środka, po czym wyciągnąłem dosyć gruby portfel, w środku było ze sto trzydzieści dolarów. Reszta to karty kredytowe, jakieś papierki i zdjęcia bliskich osób. Jedno przykuło moją uwagę. Słodka blondynka o ciemnych oczach. Uśmiechnąłem się lekko przyglądając się fotografii, miała niebywałą urodę.
- Justin, wracamy. - powiedział George klepiąc mnie w ramię, po czym wyszedł z ciemnego zaułka i ruszył w stronę kamienicy.
Ostatni raz spojrzałem na anielską twarz blondynki, po czym rzuciłem portfel w kałużę i ruszyłem za ciemnym blondynem.

~ PRZECZYTAŁEŚ? ZOSTAW SWOJĄ OPINIĘ! ~


Witam w pierwszym rozdziale!
Oczywiście teraz czuję się głupio, bo zamiast poradzić się wujka Google Translatora o poradę jak się pisze po angielsku 'morfina', to nieee... Musiałam postawić na swoim i napisać z błędem .____. *jamądra*

Drugi rozdział jeszcze w te wakacje! Trzymajcie się cieplutko! :3

pozdrawiam.


~mor(ph)fine
Tagi: drugs
18.08.2013 o godz. 22:18
Justin Bieber (l.19)




Amy Parker (l.17)




Andrea Collins (l.18)




Patricia Young (l.22)




George Smith (l.25)




Simon Gold (l.19)




Bohaterów nie opisałam, ponieważ chcę abyście ich charaktery poznali w trakcie opowiadania.

Opowiadanie może dla niektórych opierać się na dziwnej fabule.
Akcja odbywa się w Nowym Jorku, gdzie w jednej ze starszych kamienic mieszka pięcioosobowa grupka. Składa się ona z dwóch dziewcząt i trzech chłopaków. Dwoje z nich to starsi narkomani, którzy razem ze swoimi młodszymi braćmi dokonują rabunków na bezbronnych mieszkańcach tego wielkiego miasta.
Pewnego wieczoru, jeden z członków grupy zaatakował dziewczynę. Z czasem owa drobna istota okazała się prawdziwym aniołem dla całej paczki, a między nią a chłopakiem rozkwitło uczucie, którego chłopak nigdy przedtem nie czuł.
Lecz czy takiej drobnej dziewczynie, o dobrym sercu uda się wyciągnąć wszystkich z tego bagna? Czy będzie potrafiła pokazać chłopakowi kolorowy świat bez narkotyków? Albo sama wciągnie się w ćpuński świat? Tego dowiecie się w opowiadaniu, na które serdecznie zapraszam.

~morfine
Tagi: drugs
17.08.2013 o godz. 18:46